11.08.2023, 13:20 ✶
Ten dzień nie mógł być dobry. Po prostu nie mógł być. Absolutnie nic a nic w tym dniu nie kleiło się tak, jak powinno i nie będzie się kleiło. Świadomość tego sprawiała, że Sarah nie mogła powstrzymać tych łez nawet na widok swojej kuzynki i nieznajomego mężczyzny. Agatha lubiła ją krytykować i teraz również coś cisnęło jej się na usta – widać było po mimice twarzy, że powstrzymała jakiś niewybredny komentarz, zanim ten opuścił jej usta.
– Wracam do reszty, poradzicie sobie – rzuciła, po czym odeszła od nich.
Młodsza panna Macmillan otarła z twarzy łzy już trzy razy, ale wciąż pojawiały się na niej nowe. Rozżalona tym, że nie potrafiła powstrzymać własnych emocji, odsunęła się na krok od stołu i próbowała oddychać głębiej.
– Pszeplaszam – powiedziała, nie wyjaśniając oczywiście, za co właściwie przepraszała. Drżącymi rękoma machała w stronę swoich oczu i policzków, próbując się ochłodzić, a tym samym uspokoić. Fala gorąca zalewająca jej ciało niebywale męczyła. – Pan z wolontaliatu – faktycznie prosiła kogoś o pomoc, ale spodziewała się kogoś... drobniejszego, jakiejś kobiety pewnie. Z drugiej strony nie mogła oczekiwać, że wszyscy mężczyźni tak po prostu pójdą do lasu. Pociągnęła nosem. – Pomosze mi pan w noszeniu i lozdawaniu jedzenia, w pakowaniu tesz – wyjaśniła, wyciągając chusteczkę z kieszeni swojego fartucha. Wydmuchała nos, odchodząc tak daleko od żywności jak tylko mogła. Głos jej się chwiał, do tego mówiła bardzo niewyraźnie i nie wymawiała dobrze wyrazów, które „drżały”.
– Wracam do reszty, poradzicie sobie – rzuciła, po czym odeszła od nich.
Młodsza panna Macmillan otarła z twarzy łzy już trzy razy, ale wciąż pojawiały się na niej nowe. Rozżalona tym, że nie potrafiła powstrzymać własnych emocji, odsunęła się na krok od stołu i próbowała oddychać głębiej.
– Pszeplaszam – powiedziała, nie wyjaśniając oczywiście, za co właściwie przepraszała. Drżącymi rękoma machała w stronę swoich oczu i policzków, próbując się ochłodzić, a tym samym uspokoić. Fala gorąca zalewająca jej ciało niebywale męczyła. – Pan z wolontaliatu – faktycznie prosiła kogoś o pomoc, ale spodziewała się kogoś... drobniejszego, jakiejś kobiety pewnie. Z drugiej strony nie mogła oczekiwać, że wszyscy mężczyźni tak po prostu pójdą do lasu. Pociągnęła nosem. – Pomosze mi pan w noszeniu i lozdawaniu jedzenia, w pakowaniu tesz – wyjaśniła, wyciągając chusteczkę z kieszeni swojego fartucha. Wydmuchała nos, odchodząc tak daleko od żywności jak tylko mogła. Głos jej się chwiał, do tego mówiła bardzo niewyraźnie i nie wymawiała dobrze wyrazów, które „drżały”.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.