Dziwna sprawa, ale Sauriel miał takie poczucie, że tutaj nie pasuje. Czemu? Ja nie wiem. Może dlatego, że trupy nie wymagały leczenia. A przynajmniej tak powtarzały co poniektóre osoby z jego otoczenia, co niekoniecznie kończyło się miło dla niego samego. Na pewno jednak nie groziła mu grypa czy inne dziwne choroby, które ludzi dotykały, albo przynajmniej nie groziły mu w stopniu śmiertelnym. Może mógł je przenosić? Nie sprawdzał, a jak wiadomo - co wampir to reguła, więc ciężko było się połapać, jak prezentowała się rzeczywistość ogółu. Siedzący tutaj ludzie robili na nim tylko takie wrażenie, że był niezadowolony z samego faktu ich bytności. Mogliby sobie pójść do domu, bo co one tu robiły, te głupie baby, po godzinach... plotkujące i wścibskie, jak to zazwyczaj. Ale jednak z nich nawet się miło do niego uśmiechnęła i chyba gotowa była powiedzieć, żeby sobie usiadł, bo blado wygląda. Na szczęście odpowiednio szybko się odwrócił, żeby oszczędzić i sobie i wszystkim wokół cyrku jego durnych odzywek, przed którymi może by się powstrzymał, a może nie. I znów - po co sprawdzać? Prawie był pod wrażeniem samego siebie i tego, jaką odpowiedzialnością się popisywał. Niemalże klasą!
Grzecznie tuptał za Victorią i pozwalał jej załatwiać formalności. Nie to, żeby sam nie ogarnął, bo to nie był problem. Ale skoro Victoria tutaj była i mogła robić za tę milszą część ich dwójki to proszę bardzo - niech zgarnia fanfary, bo on wcale nie był do nich chętny. Szczególnie, że z tym spotkaniem miał związanych trochę swoich nadziei. Głównie nadzieję na to, że pozbędzie się tej dręczącej go klątwy i będzie mógł spokojnie funkcjonować. I tak, Victoria też się pozbędzie tego przekleństwa. Kiedy usiadła to stanął obok niej jak jakiś ochroniarz w pierwszym momencie, spoglądając po korytarzu jakby jakiś czarnoksiężnik miał na nich wyskoczyć zza rogu. Znów dziwna sprawa - nie wyskakiwał. A zaraz oparł się plecami o ścianę i złożył ręce na klatce piersiowej.
- I dobrze. Lepiej szybciej niż później. - Czy jak to tam to powiedzonko leciało, bo on zazwyczaj mówił, że lepiej późno niż później. W tym wypadku udało się naprawdę szybko. Nie dopytywał, co to za klątwołamaczka. Troszkę tutaj prężył swoje zaufanie do Victorii i pewność, że przecież do żadnej wróżki Aidy by ich nie zapisała. Nie musiałby się prężyć, gdyby to usłyszał, ale z drugiej strony nie chciał pytać. Ile to miało sensu - oceńcie sami.
- Ja pukam, ty mówisz. - Oznajmił, kiedy nadeszła ich kolejka po oczekiwaniu, krzywieniu się i patrzeniu na te plotkujące, okropne istoty zwane dalej ludźmi. Trudno. Nie będzie tutaj robił przedstawień, po prostu zamknął swoją jadaczkę. A kiedy mogli wejść to pierwszy już był przy drzwiach, zapukał i rzeczywiście drzwi otworzył przed Victorią. Jak prawdziwy dżentelmen. Żeby czasem nie dać jej dojść do głosu, że jednak inaczej widziała ich podział zadań! - Dobry wieczór. - Powtórzył już drugi raz tego wieczoru, szczyt jego zdolności bycia uprzejmym. Usiadł i spojrzał na Victorię z takim "no mów." Bo Sauriel miał wrażenie, że jak zacznie mówić i mieszać te wszystkie pojęcia ze sobą to dogadanie się będzie ociupinkę utrudnione. Nie wspominając, że mógł się trochę zirytować w trakcie i mogło to wyjść mniej przyjemnie, niż początkowo sam zakładał.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.