Sauriel miał problem. Kiedy wrócił do siebie to miał problem z ogarnięciem swojej własnej głowy. W końcu mu nogi zupełnie zmiękły i wszystko mu całkowicie wirowało i rozmywało się w perzynę. Tak zastał go dzień i pod takim znakiem słońce przewędrowało po niebie. Nikt mu nie przeszkadzał, bo to akurat była norma - że spał w swoim pokoju, albo cokolwiek robił było jego sprawą. Zazwyczaj. Bo potem ktoś chciał, żeby dokonał cudu i w środku dnia, w godzinach szczytu, miał ukraść z zoo słonia, żyrafę i orangutana do tego. Cóż, niby na cuda można czekać i liczyć, ale nawet mimo tego, że przykładał się do swoich zadań to to jedno było wtedy naprawdę mocno odjechane.
Kiedy nastał wieczór czuł się już lepiej. O tyle, że rzeczywiście był w stanie zdania składać i stać, nogi mu się nie uginały jakby były z waty. To były bardzo nieprzyjemne doświadczenia i nie bardzo rozumiał nawet, co się z nim dzieje oprócz tego, jak mocno bolała go głowa. Regeneracja zrobiła swoje. Wyleczy się. Kiedy słońce zaszło, ostatnie promienie obmalowały świat i zmierzch przeminął chciał od razu pójść do Victorii. Upewnić się, że wszystko było w porządku z nią, jej otoczeniem, że Brenna ją dopilnowała. Nie był pewien, czy szukać ją w jej własnym domu, czy może jednak w szpitalu. W zasadzie nie miał pojęcia nadal, co jej było. Krew... dużo krwi... koniec końców najpierw postanowił zerknąć do posiadłości Lestrange. Najpierw jednak musiał coś zjeść.
Z powodu swojej kolacji, która i tak nie była nazbyt bogata i nadmiernie smakowita, przyszedł do Lestrangów nieco później niż początkowo zakładał. To jest - nie od razu po zmierzchu. Pojawił się w kominku i kiedy powitała go skrzatka to grzecznie zapytał, czy jest tutaj Victoria czy może nadal leży w szpitalu. Miał nadzieję, że nie przyjdzie mu być znowu jakimś posłańcem między nią a jej matką... bo szczerze nie lubił tej kobiety i gdyby mógł to by mijał się z nią szerokim łukiem. Żeby wręcz nie powiedzieć, że od czasu Beltane wręcz jej nienawidził i nie szczędził jej mniej czy bardziej niezadowolonych spojrzeń na jej widok. Które niczego nie zmieniały. Jak się okazało - Victoria tutaj była i to w salonie mimo tej godziny. Alarmujące już od progu, no bo czemu nie w swoim ciepłym łóżku? Tam było naprawdę dużo krwi. Nie wyglądało to jak ubytek, który by sam w sobie nie wykończył. A całonocna... cokolwiek to było, całonocny sen? W każdym razie cała ta przygoda nie brzmiała też jak coś, przy czym można było odpocząć. Tylko w zasadzie kto normalny chciał spać w swoim łóżku po czymś... czymś takim? Victoria naprawdę miała ostatnio strasznego, okropnego wręcz pecha. I martwiło go to. Martwiło go przede wszystkim to, jak to wszystko mogło na nią wpłynąć, nawet jeśli w przyszłości się w końcu uspokoi. I ta głupia więź z Beltane, i jej sny, wspomnienia, niepokój. Za dużo negatywów. Za dużo negatywów jak na jednego człowieka i jak na tak krótki okres czasu.
- Cześć, Różyczko. - Przywitał się, przyprowadzony przez Skrzatkę. Bez napięcia, bez nerwów, bez... czegokolwiek, co zazwyczaj opisywało jego osobę - znudzenie albo nerwy. Teraz tego nie było. Nie wyglądała wcale tak źle, kiedy ją zobaczył, ale pozory, zwłaszcza u niej, potrafiły być piekielnie mylące. Władca Pierścieni... Woah, już połykała drugi tom. Sprawiało mu to naprawdę radość - że jej się spodobało, albo że chociaż chciała spróbować. Takie jakieś... małe zwycięstwo? Chociaż trudno powiedzieć, nad czym albo w czym. Bo przecież o nic tutaj nie walczyli? Chyba. - Jak tam? - Nie, w sumie to wyglądała okropnie. Kiedy już wszedł do środka i usiadł obok niej na fotelu to wycenił, że przypominała śmierć wywieszoną na chorągwi. Ewentualnie jakieś stare gazie na sznurku pomiędzy domami. Wymięta, wymiętolona i wytarta. Zużyta.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.