Nie podobał mu się (i podobał aż za bardzo zarazem) zapach, który czuł wokół niej wczorajszej nocy. Ten dzisiejszy nie podobał mu się również. I zarazem podobał o wiele bardziej niż wczorajszy, bo oznaczał jedno - proces gojenia i leczenia trwał. W jakiej był fazie pozostawało ukryte przed jego oczami, które przesunęły się po jej sylwetce. Nie w sposób niewłaściwy. W sposób wskazujący badanie sytuacji i może nawet zmartwienie. Sam fakt tego, jak spokojny miał głos mógł wskazywać na proporcjonalny poziom obaw, jakie żywił względem jej stanu, ale był też składową tego, że wcale nie było mu o niebo lepiej od wczoraj. Ciągle kręciło mu się trochę w głowie, ciągle czuł złamane żebra. Ale chodził. Przyzwyczajony w jakimś stopniu do takiego stanu rzeczy i mając większe priorytety niż to, żeby latać teraz i szukać kogoś, kto go poskłada. I na kogo nie nasyczy na przykład jego ojciec, żeby go zostawić w spokoju, bo szkoda środków. Było to chore. To, że się tak do tego przyzwyczaił, że zaczął to brać jako codzienność. Jako normę.
- Bardzo ładnie. Już drugi tom. - Zrobił minę wskazującą na pełne uznanie i pokiwał nawet głową ze dwa razy, pokazując jej okejkę. Wyciągnął ostrożnie rękę, żeby zabrać jej ciężkie tomiszcze i odłożyć je na stolik. Żeby sama nie musiała się schylać czy walczyć z tą ranną ręką, która wczoraj wyglądała naprawdę paskudnie. - Wiem. - Uśmiechnął się do niej smutno na te słowa. Jaka ona była biedna... Miał takie poczucie... że powinien ją przytulić. Nie, nie to, że powinien. Że chce. Ale czy to na pewno JEGO odczucie? Czy to może tamta klątwa, która ciągle na nich krążyła? Ktoś go zmuszał? Czy on tego chce, czy komuś zależy, żeby jemu się wydawało, że chce? Nawet się nie wkurwiał. Może trochę się napiął przez moment, bo w zasadzie nie był pewien. Nie wiedział. A chciał. Chciał wiedzieć, jaka myśl i jakie odczucie należy do niego. Chciał działać zgodnie z instynktem, który był JEGO, nie czymś... dziwacznym, przekazanym przez jakieś jeszcze bardziej abstrakcyjne siły wyższe, z którymi Sauriel zawsze miał problem. Taki był z niego uduchowiony człowiek jak z koziej dupy trąbka. I nawet nie chodziło o słowo klucz "człowiek". - Jesteś zdolna. Zrobisz sobie jakąś ten tego... maziadło... i nie będzie śladów. - Kiwnął głową pokazując na tą jej rękę, na opatrunek, który jeszcze było widać. A wiedział, że to nie tylko o to chodziło. To nie tylko ta rana była problemem. Chyba ją tak bardzo nie bolało, chyba leki przeciwbólowe, mikstury, maści... to na pewno robiło swoje. - Poważne to? Twoje rany. - Uściślił. Czy to było zagrożenie życia? Ślady na szyi na pewno, chociaż teraz były zakryte, ale z nich zostanie siniak i zaraz niczego nie będzie widać. Natomiast rany bywały różne. Odpowiednio zadbane goiły się, to prawda, ale czasem dawały mocno w kość. Przecież sam wiedział o tym doskonale. Nie zawsze był wampirem. I tak, rozumiał, że teraz to już walka o blizny, ale wcześniej? Jak tak sobie przypominał, co tam mówiły... to było strasznie... odjechane.
- A tak... dziwnie było. Głowa mnie bolała, wszystko mi się rozmazywało i nie mogłem stać. Ale się uspokoiło do wieczora. - Powiedział o tym prawie tak, jakby dzielił się przemyśleniami dotyczącymi smaku herbaty. - Więc... zostawiłem cię w lepszych rękach. I na szczęście, bo dopiero by było, jakbym tam padł na podłogę w szpitalu. - Wywrócił oczami i się krzywo uśmiechnął. Przesiadł się obok Victorii, tak bliżej. - Chcesz się przytulić? - Zaproponował jej, unosząc ramię, żeby mogła się na nim oprzeć. Jeśli tylko chciała. - Korzystaj, póki możesz. - Żarty żartami, ale Sauriel był w końcu nietykalski. Na ogół.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.