Ludzkie twarze chyba powinny wyglądać tak, jak dzisiejsza pogoda. Oczy pełne łez, albo zamknięte, żeby niczego już nie widzieć. Jakbyś miał tylko dwa wybory - dać się zakryć szarugą i peleryną płaczu, albo zamknąć rzeczywistość za kurtyną rzęs. Żaden wybór. A jednak trzeba było żyć dalej. Śmierć uniosła swoją kosę i zabrała życia - w większości dobre życia. Życia osób, które coś zmieniały w tym świecie. Ojcowie, wujowie, matki. Dzieci. W tej tragedii niestety byli też tacy jak Sauriel - którzy widzieli tragedię, ale wcale jej nie odczuwali. Jak miałby to odczuć? Przecież był za to odpowiedzialny. Salem miał rację, że polecił trzymać mu się od Nory z daleka i może gdyby nie to, że upadł jeszcze niżej, tak by zrobił. Chciałby uchronić jej światło przed własnym brudem. Jak robił z większością ludzi, na których mu zależało. Świat się zmieniał, a istoty w nim zmuszone były do zmieniania się wraz z nim. Towarzystwo Nory Figg było w końcu przyjemne. No i ciągle pamiętał, że obiecał Victorii wizytę w jej wspaniałej kawiarence. Może nie w stylu samego Sauriela, który pasował tam jak chwast do róż, ale on to miejsce obdarzył specjalnym uczuciem. Było tam tak... domowo. I wszystko dzięki Norze i... i dzięki Salemowi.
- Sz kurwa pierdolony deszcze, czemu w tym jebanym kraju zawsze musi padać... - Czy mówił do kogoś konkretnego? Nie. Wylewał swoją frustrację w postaci pomruku, otrzepując się z deszczu. Bo nie był taki sprytny jak Nora, żeby wziąć parasol. Prawie jak pies otrzepał swoją głowę, mokre kosmyki czarnych włosów pozlepiały się ze sobą i poprzylepiały do jego skóry, dlatego zaczesał je paroma ruchami dłoni. Wyciągnął różdżkę, żeby się chociaż trochę osuszyć i nie dostać zupełnego pierdolca. Mokre ubranie nie było wcale przyjemne. Dopiero wtedy rozejrzał się po środku i zaraz jego oczy padło na to małe słoneczko Londynu. Skierował się do niej, ciągle z różdżką w dłoni, którą przesuwał przed sobą, żeby wysuszyć sobie ubranie. - Heej. - przywitał się trochę niemrawo, chociaż za jego kiepski nastrój nie Nora była odpowiedzialna. Tylko deszcz. I parę innych czynników spajających się na to, że nie miał najlepszego tygodnia. Tak jakby kiedyś miał jakiś dobry tydzień. Spojrzał na Norę od góry do dołu. Tak, właśnie ta twarz. Twarz osoby, dla której Beltane nie było najprostsze. Jedna z wielu twarzy dołączająca do kompletu. Tylko co się stało?
- Chyba się jak zwykle nie spóźniłem, co? - Ściągnął z siebie skórę i przewiesił ją przez krzesło, siadając naprzeciwko Nory. - Trzymasz się, Słońce? - Bo wyglądała, jakby się nie trzymała. Raczej jak ktoś, kto się rozpada.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.