13.08.2023, 00:13 ✶
Była słowną kobietą, więc jeśli powiedziała, że przygotuje wszystko w dwa dni, tak właśnie będzie. Było to mnóstwo czasu, jeśli praktycznie wszystkie odpowiednie kompozycje miało się we własnej pracowni, a dokupienia jedynie wymagał sproszkowany hibiskus. Stażysta nie pytał o wizytę Yaxleya w prosektorium, nie miał powodu, ani tym bardziej pozycji uzasadniającej taką ciekawość.
Wszystko popakowała w odpowiednie woreczki z pochłaniającymi wilgoć zabezpieczeniami oraz w małe słoiczki, czego łącznie wyszło jej siedem różnych mieszanek. Skład i działanie każdej z nich opisane były na białej etykietce, którą przykleiła do grubego szkła lub za pomocą sznurka, układając wszystko w pudełku wysyłanym słomom. Nie robiła tego dla poklasku lub wdzięczności, ot zwykła przysługa dla przedstawiciela szlachetnego rodu, syna przyjaciela jej ojca. Nie spodziewała się niczego innego po Nicholasie, jak wiadomości, którą przyjęła z krótkim westchnięciem, wsuwając pergamin do bocznej kieszeni torebki. Wiadome było, że nie można zostawiać rzeczy na biurku, bo wtedy są do ogólnego względu, nikt tu przecież się nie szczypał z czytaniem cudzych raportów lub papierów. Ministerstwo było gniazdem plotek i roznoszących je żmij. Do czasu spotkania, pakunek był bezpiecznie przechowywany.
Miejsce całkiem przypadkowe, które miało zapewnić im spokój oraz anonimowość. Piątek był też dogodnym dniem przez wszechobecny pośpiech. Ludzie przeciskali się przez uliczki zaczarowanego Londynu, gnając do domu lub do pubu, na randkę lub oficjalne przyjęcie. Piątek był chyba najważniejszym wieczorem tygodnia, zawsze odnosiła takie wrażenie. Ojciec mówił, żeby nie poruszała się sama po Nokturnie, ale nekromanta nie czuła strachu przed okrytą złą sławą uliczką, doskonale umiała sobie poradzić pomimo niepozornego i delikatnego wyglądu. Zerknęła na zegarek, do spotkania wciąż było kilka minut. Ona również nigdy się nie spóźniała. Wieczór był dość chłodny, kwietniowe powietrze było wilgotne i potrafiło zostawić zaróżowione policzki. Obcasy stukały o bruk, karmelowy płaszcz na dwa rzędy guzików miała zapięty, niedbale przewiązany w talii. Miała również swoją torebkę, magicznie powiększoną tak, aby wewnątrz zmieściło się wszystko i żeby waga się nie zmieniła. Jasne włosy puszczone były luzem, opadały niesfornie na ramiona i plecy, ciągnąć się do ich połowy. Zauważyła go od razu, zatrzymując się krok lub dwa przed nim. Nie była zaskoczona obecnością torby.
- Dobry wieczór, Panie Yaxley. - zaczęła spokojnym i zrównoważonym tonem, dodatkowo kiwając głową na przywitanie. Błękitne tęczówki bezwstydnie przemknęły po jego sylwetce, a następnie twarzy, jednak tym razem nie uśmiechała się w sposób, w jaki robiła to w godzinach pracy — słodki i delikatny. - Przygotowałam kilka mieszanek, zależnie od Pana potrzeb. Wszystko jest opisane, zarówno skład, jak i ilość na porcję. Gdyby się kończyły, proszę dać mi znać.
Wyjaśniła mu rzeczowo, wiedząc, że był człowiekiem konkretnym i do tego w pośpiechu. Zsunęła jedno z ramiączek torebki, uchylając ją, aby odnaleźć w niej paczkę, gdy niespodziewanie poczuła uderzenie w plecy. Gdyby nie miała obcasów, to pewnie nic takiego by się nie stało, ale niefortunnie poleciała do przodu, usiłując nieporadnie złapać równowagę. Dwójka kłócących się, dyskutujących żywo mężczyzn nawet nie zwróciła uwagi na bałagan, który spowodowała. Cynthia natomiast nie zwróciła uwagi na kapelusz, który zakołysał się i zaczął unosić, wprawiony w ruch również ich potem, chociaż ona chyba dostała łokciem. Nie była pewna.
Wszystko popakowała w odpowiednie woreczki z pochłaniającymi wilgoć zabezpieczeniami oraz w małe słoiczki, czego łącznie wyszło jej siedem różnych mieszanek. Skład i działanie każdej z nich opisane były na białej etykietce, którą przykleiła do grubego szkła lub za pomocą sznurka, układając wszystko w pudełku wysyłanym słomom. Nie robiła tego dla poklasku lub wdzięczności, ot zwykła przysługa dla przedstawiciela szlachetnego rodu, syna przyjaciela jej ojca. Nie spodziewała się niczego innego po Nicholasie, jak wiadomości, którą przyjęła z krótkim westchnięciem, wsuwając pergamin do bocznej kieszeni torebki. Wiadome było, że nie można zostawiać rzeczy na biurku, bo wtedy są do ogólnego względu, nikt tu przecież się nie szczypał z czytaniem cudzych raportów lub papierów. Ministerstwo było gniazdem plotek i roznoszących je żmij. Do czasu spotkania, pakunek był bezpiecznie przechowywany.
Miejsce całkiem przypadkowe, które miało zapewnić im spokój oraz anonimowość. Piątek był też dogodnym dniem przez wszechobecny pośpiech. Ludzie przeciskali się przez uliczki zaczarowanego Londynu, gnając do domu lub do pubu, na randkę lub oficjalne przyjęcie. Piątek był chyba najważniejszym wieczorem tygodnia, zawsze odnosiła takie wrażenie. Ojciec mówił, żeby nie poruszała się sama po Nokturnie, ale nekromanta nie czuła strachu przed okrytą złą sławą uliczką, doskonale umiała sobie poradzić pomimo niepozornego i delikatnego wyglądu. Zerknęła na zegarek, do spotkania wciąż było kilka minut. Ona również nigdy się nie spóźniała. Wieczór był dość chłodny, kwietniowe powietrze było wilgotne i potrafiło zostawić zaróżowione policzki. Obcasy stukały o bruk, karmelowy płaszcz na dwa rzędy guzików miała zapięty, niedbale przewiązany w talii. Miała również swoją torebkę, magicznie powiększoną tak, aby wewnątrz zmieściło się wszystko i żeby waga się nie zmieniła. Jasne włosy puszczone były luzem, opadały niesfornie na ramiona i plecy, ciągnąć się do ich połowy. Zauważyła go od razu, zatrzymując się krok lub dwa przed nim. Nie była zaskoczona obecnością torby.
- Dobry wieczór, Panie Yaxley. - zaczęła spokojnym i zrównoważonym tonem, dodatkowo kiwając głową na przywitanie. Błękitne tęczówki bezwstydnie przemknęły po jego sylwetce, a następnie twarzy, jednak tym razem nie uśmiechała się w sposób, w jaki robiła to w godzinach pracy — słodki i delikatny. - Przygotowałam kilka mieszanek, zależnie od Pana potrzeb. Wszystko jest opisane, zarówno skład, jak i ilość na porcję. Gdyby się kończyły, proszę dać mi znać.
Wyjaśniła mu rzeczowo, wiedząc, że był człowiekiem konkretnym i do tego w pośpiechu. Zsunęła jedno z ramiączek torebki, uchylając ją, aby odnaleźć w niej paczkę, gdy niespodziewanie poczuła uderzenie w plecy. Gdyby nie miała obcasów, to pewnie nic takiego by się nie stało, ale niefortunnie poleciała do przodu, usiłując nieporadnie złapać równowagę. Dwójka kłócących się, dyskutujących żywo mężczyzn nawet nie zwróciła uwagi na bałagan, który spowodowała. Cynthia natomiast nie zwróciła uwagi na kapelusz, który zakołysał się i zaczął unosić, wprawiony w ruch również ich potem, chociaż ona chyba dostała łokciem. Nie była pewna.