- Kilka godzin po tym jak cię zostawiłem. Nad ranem już zniknęło. - Znaczy - jak zasnęła. A potem to się uspokoiło. Tylko nie wiedział dokładnie, kiedy się obudziła. Czy było wcześnie, czy było późno, jak minął jej dzień. I ile spała przede wszystkim. Nie potrafił dobrze określić też godziny, trochę się rozmyła w odczuciu dnia. - Nie da się tego porównać do wczorajszej nocy. Ale było. - Spokojniejsze, cichsze. Jak pulsowanie pod skórą informujące o tym, że coś jest nie tak, że zagrożenie istnieje, tylko ty nie potrafisz go namierzyć. Tamtej nocy ciemność zdawała się do niego szeptać. A przecież był z nią oswojony. Łatwiej lekceważyć niebezpieczeństwo, które cię otacza od tego, które otaczało twoich bliskich. Łatwiej się mierzyć ze strzałą wypuszczoną w twój brzuch niż taką, która celowa w kogoś, na kim ci zależy. Naprawdę nie chciał zgrywać bohatera. Ale nie potrafił całkowicie nie martwić się o osoby, które coś dla niego znaczyły. Rytuał tutaj niczego akurat nie ułatwiał.
Kiedy zaczęła mówić, że miała dziwny sen, przestał się rozglądać i od razu skupił na niej spojrzenie. Aktualnie wszystko, co zawierało słowo klucz "sen" i "wspomnienie" było jak alarm, który rozpalał syrenę nad głowami. Nie wyła, bo była bezgłośna. Ale czerwone światło ostrzegało wszystkich przed niebezpieczeństwem. Zawyć mogła dopiero, kiedy ktoś wciśnie magiczny przycisk "start".
- Ktoś ci pomógł? - W jego głosie dosłyszeć można było wątpliwość, czujność. Spojrzał w kierunku drzwi tarasowych, które teraz były zamknięte. No nie, nie chciało się nic tu zmienić, to nie była iluzja, która się rozmyje, kiedy wystarczająco mocno skupisz swój umysł. Wszystko pozostawało niezmienne i... wyglądało na to, że znów był to tylko sen. AŻ sen. - Ubrany po mugolsku, ale to nie mógł być mugol. - Dziękujemy Kapitanie Oczywistość! Bardziej przetworzył to na głos dla siebie niż dla niej, bo takie wnioski już pewnie zdążyła wyciągnąć. A nawet: na pewno. Mugole nie czarowali. Nie polowali na dziwnych gości robiących krzywdę w snach. - Pokaż mi go. - Ten rysunek, rzecz jasna. Chciał wiedzieć, chociaż przybliżenie, jak wygląda twarz kogoś, na kogo musiał uważać. Brenna musiała go nie widzieć, zresztą oskarżyła go wczorajszej nocy o ten napad. Zero żalu, naprawdę. Sam fakt bycia wampirem sprawiał, że ludzie w końcu stawali się ostrożni. Co dopiero ktoś noszący nazwisko Rookwood. Ich rodzina ziała byciem podejrzanym na kilometr - przynajmniej według niego samego. Wziął od niej kartkę, rozwinął... - Co to kurwa ma być? Odjebało jej? - Po co to napisała? Żeby przerazić Victorię jeszcze bardziej? Z drugiej strony musiała wiedzieć, żeby się chronić. Ale, na bogów, nie musiała tego pisać w TEN sposób! Gdyby lepiej się czuł to pewnie zacząłby teraz Brennę wyzywać i się wkurwiać. Zamiast tego tylko poruszył ciałem, jakby odetchnął i oddał jej karteczkę, którą prawie zmiął w dłoniach. - Nie znam się za dobrze na czarach ochronnych. Ale pozakładamy jakieś na dom. - To jest - tamten dom, nie ten. Bo ten... chyba tutaj już o to zadbała? - Poinformowałaś matkę? Żeby wezwała kogoś, żeby zabezpieczył dom i go sprawdził?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.