Sprawa była poważna. Jak zawsze, kiedy chodziło o ogórki. I też z bardzo poważną miną Sauriel zjawił się wieczorem pod drzwiami Victorii. To znaczy... była poważna, kiedy się przywitał, bo zaraz kąciki ust mu zaczęły jakoś tak niespokojnie drgać, dopasowując się do tego, jak bardzo NIE MÓGŁ wytrzymać z tym absurdem, że Stanley przeżywał te ogórki jak mrówka okres. Albo i bardziej. Na początku nie chciał nawet zdradzać o co chodzi, ale w końcu zmiękł (czyli bardzo szybko) i nawet jej pokazał list od Stanleya wyjaśniając, że jego przyjaciel (najlepszy jakiego ma, bo Fergusa to już dawno nie widać) wymyślił sobie, że będzie sadzić... ogórki. Ooo, a miał co opowiadać! Opowieści sobie nie szczędził, ale akurat o pomoc Victorii prosił całkowicie szczerze. A skoro już i tak był jej winien drinka (albo dwa) to zaproponował, że może akurat, na łonie natury, poza miastem, będzie idealna okazja do napicia się. Bo to wcale nie tak, że już miał przy sobie whiskey i jeszcze zamachał Victorii przed nosem dobrym miodkiem pitnym. I ciasteczkami. Tak, dzisiaj przyniósł Victorii ciasteczka. Cóż, jednego nie można było odmówić Saurielowi - zabierał na bardzo nietypowe randki.
Takim sposobem po drodze, bo zorganizował normalny przejazd dorożką, a nie latanie czy inne cudowanie, opowiedział jje o tym, jak to Stanley, człowiek mający pierdolca na punkcie tego, żeby wszystko było równe i idealne, będący takim beztalenciem jak oni do transmutacji względem hodowli roślin, zaczął hodowlę ogórków. Opowiedział o cukigórkach, że cukinia i ogórek to jakiś cud i niby piszą, że jedno drugim nie jest, ale chuj wie i że nie wiadomo, jaka drzemie tajemnicza koneksja między ogórem a ogrem. Czy ogry jedzą ogórki, albo czy z ogórka może powstać ogr - tego nie wiedzieli. Natomiast liczyli na to, że jednak będą to po prostu ogórki. Opowiedział jak Stanley odmierzał półtorej centymetra w doniczkach i że jak on zrobił dwie to potem się dziwił, że Sauriel w tym czasie zrobił ich 14. Ale Sauriel nie ujmował zwycięstwa koledze - cała duma z wykonanej roboty przeszła na niego... głównie dlatego, że miał whiskey, a Sauriel... no cóż, Sauriel z whiskey to jak kot z tuńczykiem. Nagle stawał się chętny do robienia niemal wszystkiego i prawie nic mu nie przeszkadzało!
Stanley to sobie postał i poczekał, bo chociaż Sauriel rzeczywiście pojawił się szybciej niż przed zachodem słońca, ubierając w płaszcz z kapturem, to jednak przyjechali już po jego zachodzie.
- Stanleyu. - Sauriel skinął głową przyjacielowi, prowadząc Victorię. Oczywiście mając przy sobie mały koszyczek pełen dobroci, dzięki któremu każdy tutaj będzie miał małe co nieco dla siebie. A zadowolony Sauriel byyył, o raaaju! Już po jego minie widać było, że przyszedł tutaj się świetnie bawić pracować w doborowym towarzystwie. - Ponieważ jesteś debilem jeśli chodzi o rośliny, a ja wcale nie lepiej, przyprowadziłem prawdziwego speca, który nam pomoże! Wspominałem ci o niej, poznaj proszę moją piękną Victorię. - Nie dało się ukryć, że powiedział to z jakąś taką... dumą. Z zadowoleniem. Bo w zasadzie był zadowolony. I dumny. Że to akurat Victoria nosiła ten pierścionek a nie ktokolwiek inny. Chociaż nigdy jej tego nie powiedział.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.