Gdy Hjalmar parsknął pod nosem śmiechem, pogroził mu palcem. Tak, to były puste groźby. Ojcowski pas nie stanowił doskonałej metody wychowawczej, tylko doskonały straszak. Dzieci są tylko dziećmi.
— Każdy głupi może być orłem z aktywności fizycznej. Żadna to dziedzina magii. Stać Cię na więcej. — Przypomniał mu o tym poważnie. Nie było tak, że w tym momencie nazywał syna głupim. Nie miał takiego zamiaru. Po prostu do uprawiania aktywności fizycznej wykorzystuje się w większości ciało zamiast mózgu, więc tym może zajmować się nawet tępak. Szczerze w to wierzył, że jego syn osiągnie to, co tylko sobie wymarzy. Fach w dłoni już miał. Kowalstwo nie było bezmyślnym machaniem młotem.
Wiedział, że w zdrowym ciele zdrowy duch, jednak kariera sportowa to najmniej pewny fach w życiu. Na jego stanowisko wpływał przede wszystkim fakt, że nie uczęszczał do szkoły dla czarodziejów. Nic więc dziwnego, że chciał zapewnić dzieciom jak najlepszą edukację i chciał aby przykładały się nauki. Odpowiednie wykształcenie otwierało wiele drzwi.
— Warzenie mikstur jest akurat przydatne. Chcieli. Na chęciach się skończyło z ich strony. Jako, że stać Cię na więcej, to przy odpowiednich staraniach z pewnością zostałbyś przyjęty. Tak, wiem... to zdarzało się za często. — Przedstawił swoje stanowisko w poruszanych przez nich temacie. Zdarzało mu się nie przebierać w słowach, jednak zawsze stał murem za swoją rodziną. Westchnął ciężko. Nie było mu to w smak stawianie się na każde wezwanie dyrekcji i świecenie oczami za niepokornego syna, który podczas pobytu w Durmstrangu robił co chciał. Doprowadzał go tym do białej gorączki.
— Tak jak być powinno. — Dagur postrzegał przekazywanie rodzinnego biznesu i umiejętności rzemieślniczych z pokolenia na pokolenie jako coś, co powinno być naturalnym porządkiem świata. Pozostawało mu żywić nadzieję, że Hjalmar wyuczy tego fachu swoich synów, gdy już założy swoją rodzinę. Tylko w ten sposób dziedzictwo Nordgersimów przetrwa kolejne pokolenia zamiast popaść w zapomnienie. Oczywiście, jego wnukowie mogą mieć inną wizję swojej przyszłości, jednak zawód mieć powinni.
— Jeśli tak rzeczywiście będzie to nie będzie brakować nam klientów. — Stwierdził nad wyraz optymistycznie. Na same gobliny posiadał w swoim słowniku znacznie więcej tego typu epitetów. Oddawało to jak bardzo ich nienawidził.
— To są czynności, które trzeba wykonywać regularnie. Piec zawsze ma być wolny od sadzy, aby uniknąć pożaru. Młotek mogę sobie sam wziąć. — Łagodnie przypomniał swojemu potomkowi, który pomimo lekkiego przedrzeźniania swojego ojca, wziął się za pracę. To nie było tylko podyktowane jego widzi-mi-się jako mistrza tego warsztatu. Rozmawiając z synem energicznie zamiatał podłogę kuźni, w której chciał zaprowadzić odpowiednią czystość.
— Oczywiście. Zawsze mogą przyjść do mnie i powiedzieć, że chcą wyuczyć się fachu. Jednak jako ojciec wolałbym uczyć twoje siostry jubilerstwa, niż kowalstwa. Jubilerstwo wydaje się bardziej odpowiednie dla kobiet od kowalstwa. Wyrób biżuterii to bardziej misterna robota, a twoje siostry nie mają takich ogromnych dłoni, jak ja. Nie jestem aż takim tradycjonalistą aby im tego zabraniać. Gdybym Cię nie spłodził i doczekał się samych córek to wyuczenie ich tego fachu byłoby jedyną szansą na podtrzymanie dziedzictwa naszej rodziny. — Nie przerywając zamiatania podłogi starał się udzielić swojemu synowi jak najbardziej wyczerpującej i przede wszystkim szczerej odpowiedzi, w której nie mogło zabraknąć żartobliwego podejścia z jego strony oraz uzasadnionego pragmatyzmu. Gdyby nie urodziłby mu się syn to siłą rzeczy musiałby przekazać tajniki kowalskiego rzemiosła i jubilerstwa właśnie swoim córkom. Kochał wszystkie swoje dzieci na równi, jednak jak każdy mężczyzna chciał spłodzić syna. I to mu się udało. Miał syna, z którego był bardzo dumny.