Teraz się to jakoś uspokoiło. Stanley się uspokoił. Napisałabym, że Sauriel również mógł wziąć głębszy oddech, czy też: odetchnąć, ale to dopiero byłby przerost formy nad treścią. Może troszkę mentalnie. Tak, mentalnie na pewno. Bycie tutaj nie oznaczało jednak jeszcze całkowitego spokoju. Sytuacja teraz była opanowana, w końcu można było powiedzieć, że wszyscy bezpiecznie dotarli na miejsce. Nie było wpadek. Nie było pozostawionych z tyłu. Nie wypadało tylko pytać o to, czy "było warto". Ten na samej górze powiedziałby pewnie, że tak. Bo ON coś zyskał. A co zyskali oni? I co zyskał w zamian za to świat? Cóż, Sauriel na pewno dostał sporą dawkę rozrywki.
- Ty się jego pytasz, czy pomaga? Chyba jakoś szedłeś to co, nie wiesz? - Gdyby okoliczności były lepsze to nawet by się z tego zaśmiał, ale był podkurwiony, jak zostało powiedziane i głodny - to ostatnie przede wszystkim. Czy ktoś pokaże mi człowieka, który jak jest bardzo głodny to nie jest rozdrażniony? Czy to w ogóle było możliwe? Bardzo chętnie by służył pomocą w odnalezieniu odpowiedzi na pytanie, co też konkretnie stało się Stanleyowi... gdyby sam dokładnie wiedział. Jak już jednak przybył to pozostała to "skręcona kostka". Na anatomii Sauriel znał się tyle co skrzat domowy na sztuce. Czyli wcale. Wiedział, gdzie uderzyć, żeby bolało i taka wiedza mu wystarczyła do zdrowego funkcjonowania.
- Ay, to obietnica. - Powiedział bardziej miękkim głosem, uśmiechając się na słodycz, jaka popłynęła z Noemi. Nic tylko głaskać ją z włosem i przynieść taką głowę na talerzu, żeby trochę pomruczała z zadowolenia. Jedną głowę już nieśli, odciętą od ciała. Albo raczej - Stanley niósł. Sauriel chciał przygotować prawdziwe miejsce masakry, ale panowie postawili na proste, wysublimowanie i gorące pozdrowienia szefowej biura aurorów. Przynieśli jej tacę jednego z jej ludzi. To znaczy - głowę na tacy. I podobno to nie do końca wypaliło. - Tylko te, które na to zasługują. - Zapewnił Delacour co do ttych komplementów. Chyba kobiety dzieliły się na te, które je doceniały i te, które uważały za kompletnie tanie. Czarnowłosy się tym jakoś zanadto nie przejmował, lubił sobie poflirtować dla sportu. I zawsze jakoś tak przyjemniej się robiło, kiedy kobieta czuła się doceniona i zadowolona. Cud, doprawdy.
- To niech się wkurwia, zapraszam. Będzie nas dwoje. - Wręcz ironicznie się ukłonił. Jak to było? Najpierw sobie grabisz, a potem przesadzasz? W tym akurat ten konkretny Rookwood osiągał mistrzostwo. Czy jednak bał się Chestera? Nie. Aktualnie odpowiedź brzmiała: nie. Tylko że aktualnie wszystkie inne emocje to nakrywały. Nie zamierzał też tak po prostu nadstawiać skóry czy pupci na pasa. - Dzięki. - Zwrócił się tutaj już do Ezechiela, choć też jeszcze jedna osoba zasługiwała na podziękowania i pochwałę. Ta odpowiedzialna za przygotowanie tego wszystkiego. Tutaj jednak już nie wiedział, komu dziękować. Bo choć Cynthię znał to to, że maczała w tym palce pozostawało dla niego tajemnicą. Nie on zresztą odpowiadał za zarządzanie i organizację.
- Kto będzie złożony do kupy to się zbiera. - Rozporządził. - To jeszcze nie koniec dzisiejszego wieczoru. - Czy tego chcieli, czy też nie, czekało ich jeszcze spotkanie z szefostwem. - Jak komuś przyjdzie do głowy unikać spotkania to wasza głowa poleci do panny. - I to nie był żarcik. Mówił to całkowicie poważnie, przesuwając czarne oczy po osobach znajdujących się tutaj. Przez moment stał, upewniając się, że do każdego to dotarło. Sam skierował swoje kroki ku jednemu ze świstoklików, patrząc tylko na Stanleya i Noemie, czy przenoszą się z nim, czy może zostają.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.