19.08.2023, 23:13 ✶
Im mniej oczy widziały, tym sercu mniej było żal, a w związku z tym im mniej wiedział Ojciec, tym dla niego lepiej. Owszem, zdawał sobie sprawę, jakie nazwiska nosili ludzie, z którymi głównie obcowała jego córka, ale nie miał świadomości, jak daleko — mimowolnie zresztą i z przypadku - zabrnęła w burzowe chmury oraz nekromancję. W jego oczach wciąż była posłuszną i ułożoną dziewczyną, która nie sprzeciwiała się jego woli, chociaż skupiała na karierze i taką właśnie maskę starała się przy nim nosić. Nie chciała go rozczarować, zwłaszcza że niewielki pożytek miał z Castiela i to ona była jego najlepszą kartą przetargową, więc zarówno opinia, zachowanie, jak i aparycja musiała pozostać nieskazitelna. Nie była głupia, domyślała się wielu rzeczy, tylko nigdy nie poruszała z nim tego tematu, wychodząc z założenia, że zrobiłby to sam, gdyby była taka konieczność. Praca w Ministerstwie wiązała się z ryzykiem, zwłaszcza bezpośrednio z aurorami. Tematy te były więc przysłonięte kurtyną milczenia. No i z drugiej strony, czy jawne działanie w któreś ze stron konfliktu mogło sprzyjać jego interesom, głównie międzynarodowym?
Nie skomentowała jego słów, jednak na kilka sekund twarz zdawała się jej złagodnieć, szczególnie gdy na jego wykwitł zadziorny uśmiech. Owszem, był, tylko czy wybrana przez niego metoda była rozsądna i bezpieczna? Nie była taka pewna po tym, czego doświadczyła podczas trwania sabatu lub raczej toczącej się na nim jatki, pełnej chaosu oraz dziwnej magii. Jej umysł na pierwszy plan wyrzucał naprawdę dziwne uczucia, nad którymi momentami traciła kontrolę, co zupełnie wybijało Cynthię z rytmu. Nie miała prawa mu mówić, jak powinien żyć i co powinien robić, nie zamierzała nawet. Jej palce raz jeszcze przeciągnęły po jego policzku. - Pamiętaj, tylko żebyś sam nadążył za tymi zmianami, o które walczysz i żeby Cię nie przygniotły. Łatwo tu o potknięcie. Nie wybaczę Ci Louvain, jak coś Ci się stanie.
Powiedziała pół szeptem, chociaż używając metafor - przynajmniej przy pierwszej połowie swojej wypowiedzi. Druga zdawała się właśnie tym elementem, nad którym niezbyt panowała, słowa wylały się, nim zdążyła stłumić chęć ich wypowiedzenia, jakby skłaniała ją do tego więź, którą ze sobą mieli. Nie był psychopatycznym mordercą, Cynthia miała wrażenie, że jako jedna z niewielu miała okazję poznać człowieka, którym był Lestrange - nie tego egoistycznego i nieco zadufanego w sobie gnojka, a troskliwego brata i dobrego przyjaciela, który uciekał czasem we frywolne przyjemności lub czuł zew krwi, który spełniał w świecie pozbawionym magii. Czy było to właściwie? Pewnie nie, ale znów, nie była to jej sprawa, chociaż pewne jej aspekty od kilku dni ją niewątpliwie mierzwiły.
Czy wiedza, którą posiadała, była swego rodzaju ciężarem? Tak. Cieszyła się, że jej ufał, wszak od lat się przyjaźnili i pozwalał jej zajmować się kwestiami swojego zdrowia, robiąc z niej przy okazji powiernika swoich sekretów, ale wiedziała, że wszystko to było ryzykowne. Nie tylko dlatego, że trafiłby do Azkabanu w ciągu kilkunastu minut, ale również dlatego, że jej własne życie byłoby również zniszczone. Ukrywała fakt, że był kryminalistą. Nie zgłosiła tego, że to on atakował ludzi podczas Beltane, chociaż teoretycznie, tak postąpiłby rozsądny człowiek. Lestrange był jednak zbyt ważny dla Flintówny, aby zniszczyła jego, chroniąc siebie. Przez to wszystko, zawsze miała w pogotowiu eliksir zapomnienia, który działał lepiej, niż zaklęcie modyfikujące pamięć, które można było przecież odwrócić. Wolałaby całkiem o nim zapomnieć, niż go zdradzić. I to samo zrobiłaby dla Tori lub Brenny, co sprawiało, że tkwiła pomiędzy młotem a kowadłem.
Przytaknęła, wyrwana z zamyślenia jego słowami, przesuwając wzrok z westchnieniem na jego obrażenia. Podniosła na niego wzrok, gdy wspomniał o wyjaśnieniach, jednak nie powiedziała niczego, zajmując się leczeniem oraz stabilizacją obrażeń - zarówno eliksirami, jak i zaklęciami. Wiedział, co robi - chyba? Oby nic, co wpakuje go w jeszcze większe kłopoty i to ze strony mężczyzny, któremu przysięgał lojalność. Mógł go jakoś sprawdzić? Palce jej nieco drgnęły, gdy zaczął mówić, gdy padło słowo limbo i że to akurat on tam trafił, jednak nie zaprzestała wykonywanych czynności, przygryzając jedynie nieco wargę od wewnętrznej strony. Wypił grzecznie eliksir i dopiero gdy wypowiedział imię Victorii, zastygła w bezruchu, wbijając w niego spojrzenie. Zupełnie, jakby oblał ją kubłem zimnej wody, bo po ciele przemknął jej nieprzyjemny dreszcz. Miała zupełnie w poważaniu granice, limbo i dusze zmarłych, mogły się błąkać po świecie, ile tylko chciały, ale czy Tori była bezpieczna. Złapała głębszy oddech, próbując się skupić, jednak błękitne oczy zamiast na ramieniu, utkwiły spojrzenie na jego twarzy. Przekręciła głowę delikatnie na bok, czując, jak jasne pasma spływają w dół i kołyszą się w powietrzu.
- Atakowałeś ją? - zapytała wprost dość cicho, zaciskając zaraz mocno usta. Wiedziała, że jej przyjaciółka żyła oraz że sabat skończył się dla niej szpitalem. - Czy.. On ją skrzywdził? Była w szpitalu, wiem, ale... Nie oberwała czymś paskudnym Lou?
Dopytała jeszcze, pomagając mu się położyć na materacu. Przesiadła się nieco, bo ścierpły jej nogi. Usiadła na krawędzi obok, prostując je i pozwalając sobie na zsunięcie szpilek niedbałym ruchem. Rzuciła niewerbalne zaklęcie, biorąc czyste bandaże. Niewiele już zostało, zaraz skończy opatrywanie jego ran i będzie potrzeba czasu, aby wszystko się ustabilizowała - magia na szczęście sprawiała, że już na drugi dzień powinno być dużo lepiej, a na trzeci lub czwarty, wróci całkiem do formy. Zajmowała się nim delikatnie, nie mogąc jednak wyrzucić z głowy wizji tej dwójki rzucającej w siebie zaklęciami w otoczeniu Czarnego Pana oraz Aurorów. I kwestia zaczerpnięcia ze źródła. - A więc to ono jest przyczyną anomalii, która występuję w Twoim ciele. Fizycznie nic się nie zmieniło, funkcje życiowe są normalne, serce masz stabilne, puls silny. Wszystko utrzymuje się jednak na granicy hipotermii, jakbyś był hmm, jakby Twoje ciało się do tego przygotowywało, zwalniając zachodzące w nim procesy. Co jest trochę złudzeniem. - wyjaśniła mu na głos, uwieńczając wiązanie bandaża małą kokardą. Omiotła wzrokiem jego twarz, wciąż nieco blada i zawrotami głowy. Chwilę temu był cieplejszy, ale przekazane przez nią siły witalne, które sprawiły, że temperatura ciała wzrosła, szybko uciekały. Musiała zajrzeć do ksiąg. Nie pytając go nawet o zdanie, pozwoliła sobie wziąć trochę jego krwi - robiła to wcześniej, głównie przez jej magiczne właściwości, ale chciała porównać próbki.
Nie skomentowała jego słów, jednak na kilka sekund twarz zdawała się jej złagodnieć, szczególnie gdy na jego wykwitł zadziorny uśmiech. Owszem, był, tylko czy wybrana przez niego metoda była rozsądna i bezpieczna? Nie była taka pewna po tym, czego doświadczyła podczas trwania sabatu lub raczej toczącej się na nim jatki, pełnej chaosu oraz dziwnej magii. Jej umysł na pierwszy plan wyrzucał naprawdę dziwne uczucia, nad którymi momentami traciła kontrolę, co zupełnie wybijało Cynthię z rytmu. Nie miała prawa mu mówić, jak powinien żyć i co powinien robić, nie zamierzała nawet. Jej palce raz jeszcze przeciągnęły po jego policzku. - Pamiętaj, tylko żebyś sam nadążył za tymi zmianami, o które walczysz i żeby Cię nie przygniotły. Łatwo tu o potknięcie. Nie wybaczę Ci Louvain, jak coś Ci się stanie.
Powiedziała pół szeptem, chociaż używając metafor - przynajmniej przy pierwszej połowie swojej wypowiedzi. Druga zdawała się właśnie tym elementem, nad którym niezbyt panowała, słowa wylały się, nim zdążyła stłumić chęć ich wypowiedzenia, jakby skłaniała ją do tego więź, którą ze sobą mieli. Nie był psychopatycznym mordercą, Cynthia miała wrażenie, że jako jedna z niewielu miała okazję poznać człowieka, którym był Lestrange - nie tego egoistycznego i nieco zadufanego w sobie gnojka, a troskliwego brata i dobrego przyjaciela, który uciekał czasem we frywolne przyjemności lub czuł zew krwi, który spełniał w świecie pozbawionym magii. Czy było to właściwie? Pewnie nie, ale znów, nie była to jej sprawa, chociaż pewne jej aspekty od kilku dni ją niewątpliwie mierzwiły.
Czy wiedza, którą posiadała, była swego rodzaju ciężarem? Tak. Cieszyła się, że jej ufał, wszak od lat się przyjaźnili i pozwalał jej zajmować się kwestiami swojego zdrowia, robiąc z niej przy okazji powiernika swoich sekretów, ale wiedziała, że wszystko to było ryzykowne. Nie tylko dlatego, że trafiłby do Azkabanu w ciągu kilkunastu minut, ale również dlatego, że jej własne życie byłoby również zniszczone. Ukrywała fakt, że był kryminalistą. Nie zgłosiła tego, że to on atakował ludzi podczas Beltane, chociaż teoretycznie, tak postąpiłby rozsądny człowiek. Lestrange był jednak zbyt ważny dla Flintówny, aby zniszczyła jego, chroniąc siebie. Przez to wszystko, zawsze miała w pogotowiu eliksir zapomnienia, który działał lepiej, niż zaklęcie modyfikujące pamięć, które można było przecież odwrócić. Wolałaby całkiem o nim zapomnieć, niż go zdradzić. I to samo zrobiłaby dla Tori lub Brenny, co sprawiało, że tkwiła pomiędzy młotem a kowadłem.
Przytaknęła, wyrwana z zamyślenia jego słowami, przesuwając wzrok z westchnieniem na jego obrażenia. Podniosła na niego wzrok, gdy wspomniał o wyjaśnieniach, jednak nie powiedziała niczego, zajmując się leczeniem oraz stabilizacją obrażeń - zarówno eliksirami, jak i zaklęciami. Wiedział, co robi - chyba? Oby nic, co wpakuje go w jeszcze większe kłopoty i to ze strony mężczyzny, któremu przysięgał lojalność. Mógł go jakoś sprawdzić? Palce jej nieco drgnęły, gdy zaczął mówić, gdy padło słowo limbo i że to akurat on tam trafił, jednak nie zaprzestała wykonywanych czynności, przygryzając jedynie nieco wargę od wewnętrznej strony. Wypił grzecznie eliksir i dopiero gdy wypowiedział imię Victorii, zastygła w bezruchu, wbijając w niego spojrzenie. Zupełnie, jakby oblał ją kubłem zimnej wody, bo po ciele przemknął jej nieprzyjemny dreszcz. Miała zupełnie w poważaniu granice, limbo i dusze zmarłych, mogły się błąkać po świecie, ile tylko chciały, ale czy Tori była bezpieczna. Złapała głębszy oddech, próbując się skupić, jednak błękitne oczy zamiast na ramieniu, utkwiły spojrzenie na jego twarzy. Przekręciła głowę delikatnie na bok, czując, jak jasne pasma spływają w dół i kołyszą się w powietrzu.
- Atakowałeś ją? - zapytała wprost dość cicho, zaciskając zaraz mocno usta. Wiedziała, że jej przyjaciółka żyła oraz że sabat skończył się dla niej szpitalem. - Czy.. On ją skrzywdził? Była w szpitalu, wiem, ale... Nie oberwała czymś paskudnym Lou?
Dopytała jeszcze, pomagając mu się położyć na materacu. Przesiadła się nieco, bo ścierpły jej nogi. Usiadła na krawędzi obok, prostując je i pozwalając sobie na zsunięcie szpilek niedbałym ruchem. Rzuciła niewerbalne zaklęcie, biorąc czyste bandaże. Niewiele już zostało, zaraz skończy opatrywanie jego ran i będzie potrzeba czasu, aby wszystko się ustabilizowała - magia na szczęście sprawiała, że już na drugi dzień powinno być dużo lepiej, a na trzeci lub czwarty, wróci całkiem do formy. Zajmowała się nim delikatnie, nie mogąc jednak wyrzucić z głowy wizji tej dwójki rzucającej w siebie zaklęciami w otoczeniu Czarnego Pana oraz Aurorów. I kwestia zaczerpnięcia ze źródła. - A więc to ono jest przyczyną anomalii, która występuję w Twoim ciele. Fizycznie nic się nie zmieniło, funkcje życiowe są normalne, serce masz stabilne, puls silny. Wszystko utrzymuje się jednak na granicy hipotermii, jakbyś był hmm, jakby Twoje ciało się do tego przygotowywało, zwalniając zachodzące w nim procesy. Co jest trochę złudzeniem. - wyjaśniła mu na głos, uwieńczając wiązanie bandaża małą kokardą. Omiotła wzrokiem jego twarz, wciąż nieco blada i zawrotami głowy. Chwilę temu był cieplejszy, ale przekazane przez nią siły witalne, które sprawiły, że temperatura ciała wzrosła, szybko uciekały. Musiała zajrzeć do ksiąg. Nie pytając go nawet o zdanie, pozwoliła sobie wziąć trochę jego krwi - robiła to wcześniej, głównie przez jej magiczne właściwości, ale chciała porównać próbki.