![[Obrazek: smart.gif]](https://media.tenor.com/KgXGC608E3wAAAAM/smart.gif)
Sauriel popukał się palcem w skroń z uśmiechem, kiedy Stanley określił go sprytną bestią. Ale bez Stanleya nie byłby nawet w połowie tak sprytny, jak był teraz. Tutaj łączyły się połówki komórek mózgowych, dzięki czemu powstawała jedna, cała. I czasami nawet działała. Tylko trzeba było ją podlać alkoholem, wtedy łatwiej się przyjmowało dziwaczne pierdoletto obu panów. Czego jednak Sauriel nie przewidział w swoich figlach to to, że Stanley naprawdę może wpaść na pomysł zatargania komuś ogórków na ślub. Na przykład - jego własny. Choć, szczerze mówiąc, Sauriel by się cieszył. Tylko nie byłby pewien, czy jego panna młoda też byłaby tak bardzo ucieszona. Miała okazję teraz poznać Stanleya bliżej i pewnie do czasu ślubu będzie jeszcze kilka takich okazji.
Uważał, że miał szczęście. Właściwie to już jakiś czas temu przestał myśleć, że miał w życiu pecha. Czasami tylko brały go chwile słabości, ale poza tym? Miał dom. Miał wspaniałą przyjaciółkę za swoją narzeczoną. Miał takiego Stanleya, bez którego życie byłoby kurewsko smutne, miał znajomych, na których w zasadzie mógł polegać, tylko może niepotrzebnie kazał na siebie tyle czekać, odcinając się od nich. Czasami człowiek docenia najbardziej rzeczy dopiero, jak je straci. Sauriel stracił wiele, naprawdę bardzo wiele. I potrafił teraz docenić małe pierdoły rzucane mu jak ochłapy z pańskiego stołu. Pytanie było większe i ważniejsze: jakim cudem osoby tak uporządkowane jak Victoria i Stanley wytrzymywali z takim osobnikiem, jakim był Sauriel. Może nie był ucieleśnieniem chaosu, ale do uporządkowania było mu sporo daleko. I nie, nie chodzi o porządek w pokoju, ten był całkowicie znośny. Tymczasem okazywało się, że nie tylko wytrzymywali, ale też dobrze się w swoim towarzystwie bawili.
Sauriel patrzył na Victorię, kiedy ta dawała instrukcję jak cielak pozbawiony inteligencji. W zasadzie to nie to, że nie słuchał, bo słuchał. Zawsze ciekawiły go rzeczy nowe, choociaż z dziedziny natury tak średnio. Musiały być naprawdę fascynujące. Jak to z miodem z kwiatów. Albo te bzdurki, które już jej zdążył naopowiadać. W każdym razie trochę jednym uchem wchodziło, drugim wychodziło. Przecież Stanley sięgnął po notatnik, no ktoś taki jak on na pewno nie pozwoli Victorii słowom pójść w przepaść, zmarnować się. Nie kiedy to dotyczyło jego bezcennych ogórasków! Jego rola tutaj była fizyczna, on nie miał pełnić funkcji umysłowych. To i doskonale się do tego przystosowywał. Ameba, tylko z rączkami i nóżkami. Gotowa do rycia w ogórkach jak dzik w żołędziach.
- Hm? - Zapytał inteligentnie, włączając się, kiedy Victoria zapytała, czy zrozumieli. - Mam już kopać? - Dopytał jeszcze inteligentniej, spoglądając na łopatę, to na całe poletko, nie do końca słuchając (jak słychać), że to dopiero była instrukcja podlewania. Ale potem przyszło francuskie słowo kompost. I teraz Sauriel patrzył na Victorię podejrzliwie, mrużąc oczy i słuchając, jakie mądrości teraz padną. On by to wszystko wywalił do ziemi i niech rośnie. Ale to złamałoby serca Stanleya. Więc tego nie robił. Chociaż... - Może to taka arena. - Ten kompostownik. - Wywalasz wszystkie ogórki i sprawdzasz, który wygra walkę. Najsilniejszy przetrwa i urodzi najlepsze ogóraski. - Nie, nie myślał tak, palnął to tak o, jak to on potrafił, pieprznąć jakąś bzdurę, która mu przyjdzie do głowy. I zazwyczaj w obecności Stanleya zapominał, jak wiele ten potrafił brać na serio. A on tak sobie tutaj stał i tak... no kurcze, w gardle mu usychało. Ale no nic. Trzeba dzielnie wytrzymać. Przynajmniej się nie chwiał, bo wypili na dwie nóżki.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.