Maj rozpoczął się dosyć burzliwie. List, który dostała od Stanleya uświadomił ją, że wydarzyło się coś złego. Przegapiłaby to najpewniej siedząc zamknięta w swojej jaskini. Przesadziła wczoraj z alkoholem, od momentu, kiedy zmarła jej siostra zdarzało się to dosyć często. Starała się nie dawać po sobie poznać, że dalej jest z nią źle. Raczej jej się to udawało, bo rodzice przestali mieć podejrzenia, że dalej to przeżywa. Zresztą świetnie grała, pokazywała się tam, gdzie chcieli ją wiedzieć chociaż na chwilę. Uśmiechała do tego, do kogo trzeba. To wystarczało, żeby uważali, że jest z nią w porządku. Przecież świetnie się bawiła w towarzystwie. O to jej chodziło, nie chciała, żeby wiedzieli, jak bardzo wpływały na nią wydarzenia z przeszłości.
Kiedy się obudziła, poczuła strach. Miała wrażenie, że coś złego przydarzyło się Theonowi Yaxleyowi. Nie miała pojęcia dlaczego był pierwszą osobą, o której pomyślała po przebudzeniu. Chciała się znaleźć tuż obok niego, czuła, że nie wytrzyma długo bez jego obecności. Było to dziwne. Bardzo dziwne. Ich znajomość zaczęła się stosunkowo niedawno. Otumaniła go podczas jednego ze swoich występów, tyle, że nie do końca było to chwilowe. Miała wrażenie, że jej ukryte zdolności działają na niego trochę bardziej niż na kogokolwiek innego, co bardzo ją ciekawiło. Nie spotkała się jeszcze z tym, żeby ktoś ulegał jej aż tak mocno. Chciała zobaczyć ile to potrwa, jak bardzo może go omamić. Szczególnie, że nie miała ostatnio zbyt wiele do robienia i każda forma zabawy wydawała jej się być interesująca. Trochę brakowało jej bodźców, alkohol przestawał wystarczać także sięgała po inne rozrywki. Tyle, że po Beltane coś się zmieniło. Czuła, że i ona wpadła po uszy, chociaż nie powinno się tak zdarzyć, przecież jej serce należało do kogoś innego. Nie powinien tego zmienić nawet jeden głupi pocałunek z Theonem Yaxleyem, jak widać jednak było zupełnie inaczej.
Można o niej było mówić wiele, jednak na pewno nie to, że była jakąś bezduszną intrygantką. Dlatego też podzieliła się tym wszystkim z Borginem. Uważała, że musi być w stosunku do niego szczera. Tyle razem przeżyli, że nie wypadało, aby go okłamywała. Od razu przyznała się do tego, co miało miejsce wczoraj. Może nie była z tego dumna, jednak sumienie miała czyste, nie umiała kłamać, więc nie wyobrażała sobie zupełnie innej możliwości. Tym bardziej, że czuła, że coś było nie tak, a Stanley był brygadzistą, prawie aurorem, na pewno odpowie na jej dziwne pytania. Przynajmniej tak zakładała, a jeśli nie, to będzie szansa, że czegoś się dowie, gdy będzie w pracy.
Nie uzyskała od niego konkretnej odpowiedzi kiedy się pojawi. Nie było to dla niej dziwne. Jeśli na Beltane był zamach, to na pewno miał ręce pełne roboty. Udało jej się dotrzeć do matki, była więc już nieco spokojniejsza mając świadomość, że rodzicielce nic się nie przytrafiło poprzedniego wieczoru. Sama Avery miała do siebie pretensje, że pojawiła się w Dolinie z Yaxleyem, żadna z tych głupot, która jej się przytrafiła nie miałaby miejsca, gdyby została w domu. Niestety chciała trochę się zabawić jego kosztem, zobaczyć, czy jej wiłe zdolności nadal są takie silne jak wcześniej. Głupi to był pomysł.
Zmyła z siebie kurz dnia poprzedniego, ubrała całkiem skromnie, w suknię sięgającą do ziemi, lekką, gdyż było nawet ciepło, w kolorze pudrowego różu. Rozczesała włosy, żeby w miarę wyglądać i czekała. Liczyła na to, że Stanley faktycznie się u niej dzisiaj pojawi. Miała ochotę nalać sobie wina do kieliszka, ale było stosunkowo wcześnie, więc się powstrzymywała, przynajmniej jak na razie.
Trochę bała się konsekwencji, reakcji Stanleya na to co napisała mu w liście. Nie czuła się jednak jakoś mocno winna, nastrój święta, zabawy, to wszystko jej się udzieliło. Kto wie, może ktoś jej dolał do czegoś amortencji, przecież nie zachowałaby się w ten sposób zupełnie świadomie, albo za dużo wypiła... chociaż to nie powinno być wytłumaczeniem. Gdyby tylko wiedziała, ile spraw aktualnie męczyło Borgina i że dołożyła mu kolejne zmartwienie... na szczęście nie wiedziała. Zdaniem Stelli Stanley wczoraj, jak przystało na brygadzistę zajmował się walką z zamachowcami podczas Beltane. Podziwiała go za to, że był taki bezinteresowny...
Usłyszała pukanie do drzwi. Poderwała się z fotela gwałtownie. Szybko znalazła się przy nich. Otworzyła je, bo wiedziała, kto się znajduje za nimi. Stresowała się tym spotkaniem, jak żadnym wcześniejszym. Mimo, że przeżyli już razem sporo, to jednak nigdy nie zdarzyło jej się coś takiego. Może nie powinna mu o tym wszystkim pisać? Z drugiej strony przynajmniej nie musiała tego ukrywać, a nie była szczególnie dobra w kłamaniu. Dzień dobry... To zabolało. Poczuła się trochę tak, jakby była dla niego kimś obcym. Na szczęście wszedł do środka, skierował się do wnętrza mieszkania. Mogła więc zamknąć za nim drzwi i zrobić to samo. Walczyła ze sobą krótką chwilę, przegrała jednak tę walkę i nim znalazła się w salonie ruszyła jeszcze do kuchni, aby nalać sobie kieliszek białego wina. Łatwiej było jej przyjąć to wszystko, kiedy miała przy sobie alkohol. Upiła niewielki łyk wina. Wiedziała, że jest zły, a może zawiedziony? W powietrzu było czuć gęstą atmosferę. Nie usiadł jak zawsze na kanapie, tylko oparł się o nią i nie patrzył w stronę Stelli, co chyba ją najbardziej bolało. - Jak ci minął dzień? - Próbowała jakoś rozpocząć rozmowę, choć nie było to takie proste. Sama również nie usiadła, przynajmniej jak na razie, a oparła się o parapet, zachowała dosyć spory dystans między nimi.