- Ależ cała przyjemność po mojej stronie. - Uśmiechnął się szeroko, zadowolony z siebie niesamowicie. Mimo tego (a tak naprawdę to dokładnie dlatego), że usłyszał tę ironię, albo przynajmniej dla niego ironia to była. W końcu sam uważał, że to nie nadzieja umierała ostatnia tylko czarny humor. - Jasne. Dobrze, żeś łyknął dwie szklanki. Mój najlepszy kumpel zwykł mówić, że trzeba pić na obie nóżki. Dla równowagi. - Pokazał kły w zadowolonym uśmiechu, chociaż nie posądzałby akurat Augustusa o pracowanie w stanie nietrzeźwości. Zresztą chyba sam nie chciałby kuzyna rozpijać, kiedy w grę wchodziło coś poważnego. Żarty żartami, ale jak było powiedziane - ta klątwa, którą zebrali ludzie z Beltane, potrafiła być niebezpieczna. Jak sam Augustus powiedział - doprowadzała ludzi do szaleństwa, robili sobie z jej powodu krzywdę. I chociaż z nim i Victorią teraz nie było wcale jakoś wybitnie tragicznie, to po co ryzykować? Nie wspominając, że to był rytuał, a z rytuałami to czasem jak z alchemią. Jeden składnik za mało, pół grama soli mniej i zamiast uwięzić jakiegoś ducha to w przeciwnym efekcie wypuszczałeś go na świat. Nie chciał, żeby w próbie złamania klątwy coś się zepsuło. A potem powiedziałby: no, to chyba dlatego, że kuzyn pił, jak robił świeczki. Czemu pił? No bo powiedziałem mu: jak to, ze mną się nie napijesz?
- Potrzebujesz kogoś sprzątnąć? Ile płacisz? - I można by powiedzieć, że to był żart, bo Sauriel zapytał o to tak samo, jakby pytał właśnie, czy może dolać kuzynowi whiskey. Całkowicie luźnym, swobodnym tonem, nadal się nawet uśmiechał po tamtej wymianie małych ironii między nimi i własnego żarciku na wspominkę o Stanleyu i jego szczodrym polewaniu alkoholu na każdym ich spotkaniu. - Tylko nie mierz za wysoko, co? Jestem leniwy, nie chce mi się wysilać. - Tylko że nie, to nie był żart. Mógł to zrobić dla kuzyna. Bo czemu nie? Łączyło ich coś więcej niż nazwisko. Niestety nie wszystkich było się tak łatwo pozbyć i nie każdy był w zasięgu rąk Sauriela. Jak chociażby szefowa biur aurorów. To było daleko poza jego łapami.
- Szkoda. Wybrałbym różowe. - Powiedział siedzący w czerni gość. Z czarnymi włosami. Czarnymi jak noc oczami. Ale tak, faktycznie wybrałby różowy. Tylko dlatego, że w jego mniemaniu to byłoby zabawne. Poważny rytuał i różowe świeczunie. Na pewno dodałyby wspaniałego klimatu całemu przedsięwzięciu.
- Wszystkim, za co dobrze zapłacą. - Przyznał bez żadnych skrupułów. - W tym Ministerstwie to ja jestem bardziej figurantem niż potrzebnym elementem. - Prychnął. - Taki ze mnie posłaniec wampirzego grona jak z koziej dupy trąbka. Tak jakby wampiry tworzyły jakąś miłą, zgraną rodzinkę, która chce się dogadać. A tam każdy sobie rzepkę skrobie.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.