31.08.2023, 07:11 ✶
Od razu wiedziała, że coś poszło nie tak – tylko nie była do końca pewna, co. Za silna klątwa? Zbytnio się pośpieszyła? Nie, zaraz, na pewno nie mogła czekać, patrząc na to, jak szybko przemieszczała się po ręce – jeszcze chwila, a te nici sięgnęłyby wyżej, mogłyby się rozrosnąć dalej i…
… cóż, Cala znała na tyle długo, że na upartego mogłaby go zaliczyć do rodziny. Wróć. Nawet stał oczko wyżej niż rodzina jako taka, skoro przecież nie miała skrupułów, żeby pozbyć się własnego męża; a gdyby się bardzo wkurwiła, to pewnie była w stanie dołożyć starań do tego, by zaznajomić z Limbo jeszcze kogoś, z kim dzieliła nazwisko i krew. Więc o ile nad większością grobów nie uroniłaby nawet ani jednej łzy, tak Shafiq? Cóż, kogo by wtedy dręczyła swoją osobą…?
- Pokaż mi – zażądała, bez większych ceregieli zresztą samej sięgając ku ręce Cala, by ją sobie podstawić pod nos i dokładniej obejrzeć. Przez chwilę w skupieniu oglądała, co się tu dokładnie podziało, machnęła jeszcze z parę razy różdżką (nici najpierw zaczęły się cofać, następnie całkiem ustąpiły) po czym zawyrokowała – Do wieczora uschnie, amputować nie trzeba, sama odpadnie. Będzie ją można powiesić na szczęście, wiesz, niczym króliczą łapkę, idealnie się nada do tego, niewątpliwie odstraszy pecha – mówiła szybko, niemalże na jednym oddechu; odstąpiła zaraz i odetchnęła głębiej. Cóż. Jakby naprawdę groziło niebezpieczeństwo, to raczej by nie roztaczała takiej wizji, prawda…? Nie mówiąc już o tym, że raczej uporała się z problemem, skoro jego widoczne oznaki ustąpiły…?
- A na poważnie… czujesz, żeby coś było nie do końca tak? Paskudna klątwa, powiązana z krwią, możliwe, że będziesz miał przez jakiś czas problemy z tą dłonią. Jakby po trzech dniach nie minęło, to daj znać – te słowa wypowiedziała już znacznie ciszej. W zasadzie nie sądziła, żeby efekty utrzymały się jakoś dłużej, ale może…?
Zerknęła w stronę przejścia. Zniszczona bariera, ciemność opadła, coś tam w oddali majaczyło.
- Idzie... – zaczęła, urwała, gdy obejrzała się przez ramię i dostrzegła ducha. Wyglądał… cóż, zdecydowanie bardzo, bardzo znajomo. Aczkolwiek, Sebastian chyba powinien sobie z nim poradzić i chyba nie było przeciwwskazań, żeby nie pójść dalej? Nieszczególnie miała zamiar tkwić tu jak kołek, zwłaszcza jeśli reszta towarzystwa ruszyłaby do kolejnego pomieszczenia.
… cóż, Cala znała na tyle długo, że na upartego mogłaby go zaliczyć do rodziny. Wróć. Nawet stał oczko wyżej niż rodzina jako taka, skoro przecież nie miała skrupułów, żeby pozbyć się własnego męża; a gdyby się bardzo wkurwiła, to pewnie była w stanie dołożyć starań do tego, by zaznajomić z Limbo jeszcze kogoś, z kim dzieliła nazwisko i krew. Więc o ile nad większością grobów nie uroniłaby nawet ani jednej łzy, tak Shafiq? Cóż, kogo by wtedy dręczyła swoją osobą…?
- Pokaż mi – zażądała, bez większych ceregieli zresztą samej sięgając ku ręce Cala, by ją sobie podstawić pod nos i dokładniej obejrzeć. Przez chwilę w skupieniu oglądała, co się tu dokładnie podziało, machnęła jeszcze z parę razy różdżką (nici najpierw zaczęły się cofać, następnie całkiem ustąpiły) po czym zawyrokowała – Do wieczora uschnie, amputować nie trzeba, sama odpadnie. Będzie ją można powiesić na szczęście, wiesz, niczym króliczą łapkę, idealnie się nada do tego, niewątpliwie odstraszy pecha – mówiła szybko, niemalże na jednym oddechu; odstąpiła zaraz i odetchnęła głębiej. Cóż. Jakby naprawdę groziło niebezpieczeństwo, to raczej by nie roztaczała takiej wizji, prawda…? Nie mówiąc już o tym, że raczej uporała się z problemem, skoro jego widoczne oznaki ustąpiły…?
- A na poważnie… czujesz, żeby coś było nie do końca tak? Paskudna klątwa, powiązana z krwią, możliwe, że będziesz miał przez jakiś czas problemy z tą dłonią. Jakby po trzech dniach nie minęło, to daj znać – te słowa wypowiedziała już znacznie ciszej. W zasadzie nie sądziła, żeby efekty utrzymały się jakoś dłużej, ale może…?
Zerknęła w stronę przejścia. Zniszczona bariera, ciemność opadła, coś tam w oddali majaczyło.
- Idzie... – zaczęła, urwała, gdy obejrzała się przez ramię i dostrzegła ducha. Wyglądał… cóż, zdecydowanie bardzo, bardzo znajomo. Aczkolwiek, Sebastian chyba powinien sobie z nim poradzić i chyba nie było przeciwwskazań, żeby nie pójść dalej? Nieszczególnie miała zamiar tkwić tu jak kołek, zwłaszcza jeśli reszta towarzystwa ruszyłaby do kolejnego pomieszczenia.