02.09.2023, 23:31 ✶
Nie wypadało w ogóle o tym dyskutować, zwłaszcza że w Ministerstwie zdawało się, że nawet ściany w ostatnim czasie miały uszy. Bo skąd by wiedzieli o takich rzeczach? Nie podobało się jej najbardziej to, że dramaty i podziały zaczynały wpełzać do miejsca jej pracy, które było przecież jej oazą, ucieczką od rzeczywistości, gdzie była dobrze urodzoną panną na wydaniu i oczekiwano od niej haftowania. Dopóki nie złapano kogoś na gorącym uczynku, można było gdybać w nieskończoność o kretach, śmierciożercach za biurkiem lub zastraszaniu. Westchnęła ciężko raz jeszcze, a błękitne tęczówki przesunęły spojrzeniem po wnętrzu normalnego, Londyńskiego domu, którego właścicielom zrujnowano życie. Tylko dlaczego?
Cynthia była dużo gorszym człowiekiem, niż Brenna, ale jednak dzięki temu, było jej trochę łatwiej. Mając upośledzoną empatię, można było skupić się na swoich celach i rozwoju, zamiast próbować ratować każdego. Do Longbottomówny to jednak zupełnie nie pasowało. Zignorowanie przez nią kogoś w potrzebie było tak prawdopodobne, jak dołączenie do Voldemorta. Kobieta miała rację z oceną blondynką, bo faktycznie wciąż były osoby, dla których była ludzka i dobra, chociaż okazywała to coraz mniej widocznie, zwłaszcza odkąd poszli z Castielem w nieco innych kierunkach. Jej brat w przeciwieństwie do niej, miał zupełnie gdzieś obowiązki wynikające z bycia dziedzicem.
- To prawda, mogli dłużej się nad nim znęcać, jeśli znali zaklęcia, które zadają obrażenia organom wewnętrznym, jednak nie zabijają od razu ofiary. To skomplikowane czary, uczyli nas rozpoznawania ich śladów na zajęciach w Nowym Orleanie. - wyjaśniła jej półszeptem, wpatrując się cały czas w twarz zamordowanego mężczyzny. Program nauczania w Stanach był nieco inny niż tutaj. Tam nie bali się tak czarnej magii czy nekromancji, wiedźm się bano, ale darzono szacunkiem. W Nowym Orleanie znaleźć można było prawdziwe specjalistki, zarówno od dwóch wymienionych wyżej, jak i od voodoo. Dopiero po chwili z uwagą i troską zerknęła na Brenne, bo na dobrą sprawę, to ktoś z jej wrażliwością nie powinien pracować przy sprawach morderstw. Nie chciała, aby ta robota ją wykończyła psychicznie, nie wspominając już o ryzyku zawodowym związanym z obrażeniami fizycznymi, jak i samą śmiercią, zwłaszcza teraz, gdy o poplecznikach Czarnoksiężnika było coraz głośniej, a atmosfera gęstniała.
- Zajmę się nim, jak do nas trafi i podeślę Ci raport, zanim dam go Atreusowi lub komuś innemu. - obiecała cicho po tym, jak wstała. Tylko ona mogła to usłyszeć. Czy Cynthia się bała konsekwencji lub komentarzy? Nie. Zbyt dobrze radziła sobie ze swoimi maskami, drobnymi kłamstwami i kokieterią, aby ktokolwiek ją o coś podejrzewał lub robił jej uwagi. Ups, przecież blondynka mogła się pomylić, była tylko niewinną panną, a Brenna na pewno dostarczy pismo, komu trzeba. Posłany przez dziewczynę uśmiech był niepokojący, zmęczony. Flintówna ściągnęła brwi w zaniepokojeniu, lustrując ją wzrokiem.
- Przygotuje Ci trochę ziół, pomogą. Nic silnego, ale poczujesz się lepiej. -oznajmiła jej tonem, który świadczył o pełnym zdecydowaniu i o tym, że nie zniósłby dyskusji. Przygotowała czasem takie mieszanki Tori lub Castielowi, Brennie też mogła. Zioła były coraz mniej doceniane, stłamszone skomplikowanymi eliksirami, a przecież same w sobie, odpowiednio połączone, działały cuda. Mina jej nieco złagodniała, kiwnęła głową. - Ja też. Może wyciągniemy gdzieś Victorie i pójdziemy we trzy? - zapytała cicho, uznając, że taki babski wieczór doskonale by im zrobił. Każda odpoczęłaby od Ministerstwa i coraz bardziej mrocznych spraw magicznego świata. Cyna, przechodząc po swoją torbę, delikatnie musnęła jej dłoń palcami, jakby chciała dodać jej otuchy, bo tylko tyle mogła zrobić. Zgarnęła swoje rzeczy, spakowała pióro, a potem dała Longbottomównie wstępny raport do podpisania. - Jak trafi do nas dziś, najpóźniej rano dostaniesz papiery.
Cynthia była dużo gorszym człowiekiem, niż Brenna, ale jednak dzięki temu, było jej trochę łatwiej. Mając upośledzoną empatię, można było skupić się na swoich celach i rozwoju, zamiast próbować ratować każdego. Do Longbottomówny to jednak zupełnie nie pasowało. Zignorowanie przez nią kogoś w potrzebie było tak prawdopodobne, jak dołączenie do Voldemorta. Kobieta miała rację z oceną blondynką, bo faktycznie wciąż były osoby, dla których była ludzka i dobra, chociaż okazywała to coraz mniej widocznie, zwłaszcza odkąd poszli z Castielem w nieco innych kierunkach. Jej brat w przeciwieństwie do niej, miał zupełnie gdzieś obowiązki wynikające z bycia dziedzicem.
- To prawda, mogli dłużej się nad nim znęcać, jeśli znali zaklęcia, które zadają obrażenia organom wewnętrznym, jednak nie zabijają od razu ofiary. To skomplikowane czary, uczyli nas rozpoznawania ich śladów na zajęciach w Nowym Orleanie. - wyjaśniła jej półszeptem, wpatrując się cały czas w twarz zamordowanego mężczyzny. Program nauczania w Stanach był nieco inny niż tutaj. Tam nie bali się tak czarnej magii czy nekromancji, wiedźm się bano, ale darzono szacunkiem. W Nowym Orleanie znaleźć można było prawdziwe specjalistki, zarówno od dwóch wymienionych wyżej, jak i od voodoo. Dopiero po chwili z uwagą i troską zerknęła na Brenne, bo na dobrą sprawę, to ktoś z jej wrażliwością nie powinien pracować przy sprawach morderstw. Nie chciała, aby ta robota ją wykończyła psychicznie, nie wspominając już o ryzyku zawodowym związanym z obrażeniami fizycznymi, jak i samą śmiercią, zwłaszcza teraz, gdy o poplecznikach Czarnoksiężnika było coraz głośniej, a atmosfera gęstniała.
- Zajmę się nim, jak do nas trafi i podeślę Ci raport, zanim dam go Atreusowi lub komuś innemu. - obiecała cicho po tym, jak wstała. Tylko ona mogła to usłyszeć. Czy Cynthia się bała konsekwencji lub komentarzy? Nie. Zbyt dobrze radziła sobie ze swoimi maskami, drobnymi kłamstwami i kokieterią, aby ktokolwiek ją o coś podejrzewał lub robił jej uwagi. Ups, przecież blondynka mogła się pomylić, była tylko niewinną panną, a Brenna na pewno dostarczy pismo, komu trzeba. Posłany przez dziewczynę uśmiech był niepokojący, zmęczony. Flintówna ściągnęła brwi w zaniepokojeniu, lustrując ją wzrokiem.
- Przygotuje Ci trochę ziół, pomogą. Nic silnego, ale poczujesz się lepiej. -oznajmiła jej tonem, który świadczył o pełnym zdecydowaniu i o tym, że nie zniósłby dyskusji. Przygotowała czasem takie mieszanki Tori lub Castielowi, Brennie też mogła. Zioła były coraz mniej doceniane, stłamszone skomplikowanymi eliksirami, a przecież same w sobie, odpowiednio połączone, działały cuda. Mina jej nieco złagodniała, kiwnęła głową. - Ja też. Może wyciągniemy gdzieś Victorie i pójdziemy we trzy? - zapytała cicho, uznając, że taki babski wieczór doskonale by im zrobił. Każda odpoczęłaby od Ministerstwa i coraz bardziej mrocznych spraw magicznego świata. Cyna, przechodząc po swoją torbę, delikatnie musnęła jej dłoń palcami, jakby chciała dodać jej otuchy, bo tylko tyle mogła zrobić. Zgarnęła swoje rzeczy, spakowała pióro, a potem dała Longbottomównie wstępny raport do podpisania. - Jak trafi do nas dziś, najpóźniej rano dostaniesz papiery.