03.09.2023, 01:13 ✶
Ech, nie pomyliłem się ani odrobinę. Sir Howard myślał tylko o majątku, który zyska, wżeniając się w rodzinę Heinzelów. W takim wypadku nie mogłem pozwolić na to by Avelina cierpiała. Musiałem zrobić wszystko, co tylko było w mojej mocy, aby sir Howard chociaż traktował ją z należytym szacunkiem, godnością, delikatnością.
Znałem ją od dziecka, od czasów Hogwartu. Zdawało się, że to wieku temu, że minęło sto lat, a może nawet więcej od naszej pierwszej niewinnej mniej lub bardziej rozmowy, ale... Chwila. Hogwartu? Co to był Hogwart? Gdzie był Hogwart?
Ponownie zamrugałem kilkukrotnie. Coś tu zdecydowanie nie grało, a w dodatku wciąż stałem spięty i nie potrafiłem się wystarczająco dobrze skupić się na Jamesie. Miałem z nim do pogadania, a zamiast tego mąciło mi się w głowie. Wczoraj... Rano... Jakiś nieokreślony czas wcześniej przynajmniej było ze mną wszystko w porządku, ale teraz? Dostawałem ewidentnie jakiejś paranoi, ale Avelina powinna być w pracy. Tak, powinna być w tych dziwnych ubraniach, zamiast siedzieć i rozmawiać...
Machnąłem wolną ręką, chcąc odegnać te myśli, jakbym chciał odegnać sprzed nosa uciążliwą muchę.
- Bardzo mi zależy na rozmowie, aczkolwiek nie mogę teraz opuścić... odpuścić... Pan wybaczy, ale nie czuję się teraz najlepiej. Proszę o spotkanie o innej porze dnia. Zapewniam, że niczego Pan nie pożałuje - obiecałem, niestety z wieloma nutkami przeprosin. Był hrabią, a poza tym potrzebowałem jego przychylności by w ogóle chciał ze mną rozmawiać. Niezależnie od tego, jakim człowiekiem nie był, to właśnie z nim musiałem się układać.
Hogward, Hogward... Hogwart. Byłem pewien, że mojej głowie pojawiło się słowo Hogwart i że to coś znaczyło. Spojrzałem ponownie kontrolnie na Avelinę. Właściwie non stop mój wzrok uciekał w jej kierunku, więc si James Howard musiał mieć niezły ubaw z mojej osoby w swojej głowie. Biedny przyjaciel nieszczęśliwie zakochany w jego przyszłej żonie. Zapewne grubo sobie z tego kpił. Każdy na tym statku z tego kpił. Cóż, to nie było istotne.
Już otworzyłem usta by zamienić jeszcze słowo z Howardem, ale do mych uszu doszedł hałas, krzyki, błyśnięcie. Spiąłem się jeszcze bardziej, a moje nogi same ruszyły w kierunku Aveliny by stanąć między nią a tym ambarasem. Pokuśtykałem bliżej jej stolika i, choć to nie wypadało, pozostawiłem sir Howarda za sobą bez słowa. Nie miałem pojęcia, co mogłem zrobić na swoim miejscu, ale zamierzałem chronić Avelinę niezależnie od tego, co tam też się najlepszego wyprawia... Zacisnąłem mocniej dłoń na lasce, jak gdybym miał się właśnie nią bronić. Kawałkiem struganego drewna! Zabawne.
- Co się dzieje? O co chodzi? - zapytałem osoby stojącej najbliżej, a może samej awanturującej się.
Znałem ją od dziecka, od czasów Hogwartu. Zdawało się, że to wieku temu, że minęło sto lat, a może nawet więcej od naszej pierwszej niewinnej mniej lub bardziej rozmowy, ale... Chwila. Hogwartu? Co to był Hogwart? Gdzie był Hogwart?
Ponownie zamrugałem kilkukrotnie. Coś tu zdecydowanie nie grało, a w dodatku wciąż stałem spięty i nie potrafiłem się wystarczająco dobrze skupić się na Jamesie. Miałem z nim do pogadania, a zamiast tego mąciło mi się w głowie. Wczoraj... Rano... Jakiś nieokreślony czas wcześniej przynajmniej było ze mną wszystko w porządku, ale teraz? Dostawałem ewidentnie jakiejś paranoi, ale Avelina powinna być w pracy. Tak, powinna być w tych dziwnych ubraniach, zamiast siedzieć i rozmawiać...
Machnąłem wolną ręką, chcąc odegnać te myśli, jakbym chciał odegnać sprzed nosa uciążliwą muchę.
- Bardzo mi zależy na rozmowie, aczkolwiek nie mogę teraz opuścić... odpuścić... Pan wybaczy, ale nie czuję się teraz najlepiej. Proszę o spotkanie o innej porze dnia. Zapewniam, że niczego Pan nie pożałuje - obiecałem, niestety z wieloma nutkami przeprosin. Był hrabią, a poza tym potrzebowałem jego przychylności by w ogóle chciał ze mną rozmawiać. Niezależnie od tego, jakim człowiekiem nie był, to właśnie z nim musiałem się układać.
Hogward, Hogward... Hogwart. Byłem pewien, że mojej głowie pojawiło się słowo Hogwart i że to coś znaczyło. Spojrzałem ponownie kontrolnie na Avelinę. Właściwie non stop mój wzrok uciekał w jej kierunku, więc si James Howard musiał mieć niezły ubaw z mojej osoby w swojej głowie. Biedny przyjaciel nieszczęśliwie zakochany w jego przyszłej żonie. Zapewne grubo sobie z tego kpił. Każdy na tym statku z tego kpił. Cóż, to nie było istotne.
Już otworzyłem usta by zamienić jeszcze słowo z Howardem, ale do mych uszu doszedł hałas, krzyki, błyśnięcie. Spiąłem się jeszcze bardziej, a moje nogi same ruszyły w kierunku Aveliny by stanąć między nią a tym ambarasem. Pokuśtykałem bliżej jej stolika i, choć to nie wypadało, pozostawiłem sir Howarda za sobą bez słowa. Nie miałem pojęcia, co mogłem zrobić na swoim miejscu, ale zamierzałem chronić Avelinę niezależnie od tego, co tam też się najlepszego wyprawia... Zacisnąłem mocniej dłoń na lasce, jak gdybym miał się właśnie nią bronić. Kawałkiem struganego drewna! Zabawne.
- Co się dzieje? O co chodzi? - zapytałem osoby stojącej najbliżej, a może samej awanturującej się.