05.09.2023, 14:10 ✶
Alastor spróbował się uśmiechnąć.
- Mówisz to tak, jakbyś nie znała mojej siostry.
A późnej był już tylko on na zatłoczonym korytarzu, pamiętający pozbawioną energii twarz Idy, na którą spojrzał przed opuszczeniem pokoju. Wokół niego ludzie, a on znów czuł się sam. Nie, nie sam - samotny ze swoimi myślami, w najgorszym ich wydaniu. Wiedział, że to co robi było głupie, że się nie powinien tak teraz zachowywać. Z drugiej strony... dlaczego nie? Czy istniała jakaś idealna recepta na to, w jaki sposób radzić sobie ze stresem? Czy istniał spis rzeczy, których mu nie wolno. Chociaż minimalne wytyczne postępowania w obliczu tego, że jedna z najważniejszych osób w życiu... nie! Najważniejsza! Najważniejsza osoba w twoim życiu leżała tam nieprzytomna, po części z twojej winy pewnie, bo przecież mogłeś o to wszystko zadbać lepiej. I możliwe, że się miała już z tego snu nigdy nie obudzić.
Co miał tam robić?
Stać i na nią patrzeć? Mówić o niej? Mówić do niej? Czy komuś w takim stanie robiło jakąkolwiek różnicę to, czy się go trzymało za rękę kiedy organizm próbował przywrócić mu świadomość? Nie znał się na tym zupełnie i... Może gdyby był tu sam, albo gdyby przynajmniej był tutaj tylko Bott, to by się na coś takiego potrafił zdobyć, ale nie kiedy wszyscy wchodzili do środka i mu współczuli, obserwowali każdy jego ruch, każde słowo wypowiadane przez drżące usta kogoś, kto nie wiedział, gdzie i jak trzymać dłonie. Poczuł się nagle tak malutki, że dotarło do niego, jak bezmyślni byli ludzie sugerujący, jakoby miał kiedyś przejąć stołek po Harper. Nigdy, przenigdy (!) nie skaże się na egzystowanie w miejscu, gdzie każdy zauważy kiedy dłubie sobie w nosie.
Zanim poszedł po tę kawę, znalazł gdzieś w tym szpitalu jakiś cichszy kąt, gdzie mógł przytulić czołem zimną ścianę i westchnąć głęboko. Jeżeli kiedy znajdą jego zwłoki i widmowidz z Ministerstwa odgrzebie akurat te wspomnienia, to będą mieli na komendzie naprawdę niezręczną sytuację. Jak dobrze, że on sam będzie już gryzł piach. A kiedy się wreszcie ruszył do kantyny, spotkał tam Mavelle.
- Dziękuję.
Ale chciał wziąć też kawę dla Eden i Bertiego, wiec się jeszcze zapytał, gdzie właściwie z tymi kawami idzie. Bezpiecznie założył, że te, które trzymała, mogły być kupione dla kogoś innego. Mylił się. Bones była kolejną osobą, która najwyraźniej zamierzała przy nim siedzieć. I z jednej strony, z tej która po wrzuceniu na pal jej wianka urosła do niebotycznych rozmiarów w jego sercu - cieszył się. Z drugiej - był skonfundowany. Czy się do tej pory nienawidzili? Na pewno nie. Czy się nie lubili? Też nie. Ale coś jednak pomiędzy nimi wisiało i nie pojawiło się tam bez powodu. Było efektem fali gorzkich słów. Czynów, których wolałby nie pamiętać.
Chciałbym z tobą o czymś porozmawiać.
W głowie obracał te słowa z każdej strony. Ostatecznie nie powiedział tego na głos. Może, jeżeli to nie minie, wróci do tego za kilka dni. Może.
Otworzył im drzwi, napierając na nie plecami, klamkę naciskając łokciem. Przytrzymał je tak długo, żeby Mavelle mogła swobodnie wejść do środka. Sam nic do jej wypowiedzi nie dodał. Po prostu puścił te drzwi, stanął na wejściu pomieszczenia patrząc na Idę i napił się z kubka, który trzymał w prawej dłoni.
Po długiej ciszy rzucił tylko jednym pytaniem:
- W Dolinie jest lepiej? - I spojrzał na Botta. Bo w gruncie rzeczy chodziło mu głównie, chociaż nie tylko, o stan jego chaty po tej magicznej wichurze. Te kwiaty wyrwał sam, czy mu w tym pomogli bogowie wyznawani przez kapłanów Whitecroft?
- Mówisz to tak, jakbyś nie znała mojej siostry.
A późnej był już tylko on na zatłoczonym korytarzu, pamiętający pozbawioną energii twarz Idy, na którą spojrzał przed opuszczeniem pokoju. Wokół niego ludzie, a on znów czuł się sam. Nie, nie sam - samotny ze swoimi myślami, w najgorszym ich wydaniu. Wiedział, że to co robi było głupie, że się nie powinien tak teraz zachowywać. Z drugiej strony... dlaczego nie? Czy istniała jakaś idealna recepta na to, w jaki sposób radzić sobie ze stresem? Czy istniał spis rzeczy, których mu nie wolno. Chociaż minimalne wytyczne postępowania w obliczu tego, że jedna z najważniejszych osób w życiu... nie! Najważniejsza! Najważniejsza osoba w twoim życiu leżała tam nieprzytomna, po części z twojej winy pewnie, bo przecież mogłeś o to wszystko zadbać lepiej. I możliwe, że się miała już z tego snu nigdy nie obudzić.
Co miał tam robić?
Stać i na nią patrzeć? Mówić o niej? Mówić do niej? Czy komuś w takim stanie robiło jakąkolwiek różnicę to, czy się go trzymało za rękę kiedy organizm próbował przywrócić mu świadomość? Nie znał się na tym zupełnie i... Może gdyby był tu sam, albo gdyby przynajmniej był tutaj tylko Bott, to by się na coś takiego potrafił zdobyć, ale nie kiedy wszyscy wchodzili do środka i mu współczuli, obserwowali każdy jego ruch, każde słowo wypowiadane przez drżące usta kogoś, kto nie wiedział, gdzie i jak trzymać dłonie. Poczuł się nagle tak malutki, że dotarło do niego, jak bezmyślni byli ludzie sugerujący, jakoby miał kiedyś przejąć stołek po Harper. Nigdy, przenigdy (!) nie skaże się na egzystowanie w miejscu, gdzie każdy zauważy kiedy dłubie sobie w nosie.
Zanim poszedł po tę kawę, znalazł gdzieś w tym szpitalu jakiś cichszy kąt, gdzie mógł przytulić czołem zimną ścianę i westchnąć głęboko. Jeżeli kiedy znajdą jego zwłoki i widmowidz z Ministerstwa odgrzebie akurat te wspomnienia, to będą mieli na komendzie naprawdę niezręczną sytuację. Jak dobrze, że on sam będzie już gryzł piach. A kiedy się wreszcie ruszył do kantyny, spotkał tam Mavelle.
- Dziękuję.
Ale chciał wziąć też kawę dla Eden i Bertiego, wiec się jeszcze zapytał, gdzie właściwie z tymi kawami idzie. Bezpiecznie założył, że te, które trzymała, mogły być kupione dla kogoś innego. Mylił się. Bones była kolejną osobą, która najwyraźniej zamierzała przy nim siedzieć. I z jednej strony, z tej która po wrzuceniu na pal jej wianka urosła do niebotycznych rozmiarów w jego sercu - cieszył się. Z drugiej - był skonfundowany. Czy się do tej pory nienawidzili? Na pewno nie. Czy się nie lubili? Też nie. Ale coś jednak pomiędzy nimi wisiało i nie pojawiło się tam bez powodu. Było efektem fali gorzkich słów. Czynów, których wolałby nie pamiętać.
Chciałbym z tobą o czymś porozmawiać.
W głowie obracał te słowa z każdej strony. Ostatecznie nie powiedział tego na głos. Może, jeżeli to nie minie, wróci do tego za kilka dni. Może.
Otworzył im drzwi, napierając na nie plecami, klamkę naciskając łokciem. Przytrzymał je tak długo, żeby Mavelle mogła swobodnie wejść do środka. Sam nic do jej wypowiedzi nie dodał. Po prostu puścił te drzwi, stanął na wejściu pomieszczenia patrząc na Idę i napił się z kubka, który trzymał w prawej dłoni.
Po długiej ciszy rzucił tylko jednym pytaniem:
- W Dolinie jest lepiej? - I spojrzał na Botta. Bo w gruncie rzeczy chodziło mu głównie, chociaż nie tylko, o stan jego chaty po tej magicznej wichurze. Te kwiaty wyrwał sam, czy mu w tym pomogli bogowie wyznawani przez kapłanów Whitecroft?
fear is the mind-killer.