Miał ciągły, nieustający syndrom push-pull przy całym tym zjawisku, jakim był dopełniony rytuał z Beltane. A może i bez niego by miał? Z jednej strony chciał teraz do niej podejść. Była taka zachęcająca. Chciał dotknąć jej dłoni. Chciał dać się pocieszyć. Pocieszyć? Trzeba było tutaj pocieszenia? Skąd w ogóle ta myśl w głowie, skoro wcale nie był smutny? Nie czuł się smutny, nad czym tutaj się smucić? Ale o tym pomyślał. I jednocześnie nie chciał się zbliżać, bo... bo... to było dziwne. Inne, nienaturalne. Teraz sobie uświadomił, jak dotykał jej policzka i to było tak... intymne. Takie bliskie, przerażające aż. Jak spłoszone i niepewne zwierzę spojrzał na nią, robiąc dwa bardzo ciche, bardzo delikatne kroki, ale nie prosto w jej kierunku a tak, jakby zamierzał ją zacząć obchodzić. Było to niemożliwe - na szczęście i tak nie zamierzał tego robić. Słońce mogło parzyć, jeśli nie było się na niego przygotowanym, zostawiać na skórze przebarwienia, nawet zrobić krzywdę. To słońce mu tego uczynić nie mogło, ale był brak zaufania. No bo właśnie - dajesz, a jeśli potem odbierzesz? Oferujesz, a jeśli potem przestaniesz? Sauriel temu nie ufał. Nie ufał samemu sobie i nie miał jeszcze pełni zaufania do Victorii. Nie dopóki było między nimi nadal trochę niedomówień. Po tych dwóch krokach w końcu ruszył w jej kierunku i zajął miejsce obok niej. Nie naprzeciwko - obok. Sięgnął swoją dłonią do jej dłoni, żeby mogła go ująć, albo to w sumie on ujął ją. I nie patrzył na jej twarz - patrzył na ich palce. Trochę niepewnie. Trochę nieufnie. Ale koniec końców... czy to nie było miłe? Wychodziło z jego strefy komfortu, jeżył się cały, ale jednocześnie - to było miłe. Paradoks. Sauriel czasami absolutnie się gubił w tym, co i kiedy odczuwał. A przede wszystkim - dlaczego.
- Nie wiem. Stąd. - Z tego pokoju? Nie. Z tego miasta? Hm... Z kraju? ...
Sauriel sam nie wiedział dokąd. Nie wiedział nawet skąd. Wiedział tylko, że chciałby uciec. Gdzieś daleko. Gdzie wolność nie była tylko mrzonką i wszystko nie było układane pod komando toksycznej rodziny. Gdzie nikomu nie kazano się wiązać i gdzie nie groziło ci to, że zmasakrują cię za kilka błędów.
- Jak w końcu ruszę tę maszynę to przecież będę musiał spierdalać z Londynu. A wiem, że to zrobię. Tylko nie wiem jeszcze, kiedy. - Sprawa Josepha i jego ojca... to chciał ruszyć.
[/i]![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.