Zmiany, zmiany, zmiany. Wszystko kręciło się wokół zmian. Wokół tego, czy chcesz zawierzyć swoje życie niepewnej przyszłości, czy chcesz się podjąć wyzwania, czy złapiesz za możliwość, którą ktoś do ciebie wyciągnął. Czy to się uda, czy nie będzie jeszcze gorzej. Z jednej strony wszystko wydawało się układać. Oprócz tego, że przekroczył już tę mistyczną linię, która trzymała go człowieczeństwa to... tak. Było prościej. Nie musisz się już niczym przejmować, nie martwisz wyrzutami sumienia - nie ma ich. Nadal jednak potrafisz martwić się bliski. Przejmować ich dobrem. Nadal chcesz dbać o to, co jest bliskie. O taką Victorię Lestrange, która sama była jak czekolada, którą jej przynosił. Chciał czuć tę czekoladę na języku. Nie jeść jej, nie trzymać przy sobie, nie pozwolić jej się rozpuścić - ale żeby czasem móc jej skosztować. Tylko czy apetyt nie rósł z czasem? Jak rozwijana relacja, powolutku do przodu. Niezauważalnymi gołym okiem milimetrami, żeby okazało się, że przeszliśmy już kilometr. I kiedy to? Nawet nie zauważysz. Czas błyskał szybko, tylko ta droga była niewyczuwalna. Był prawie jak ten odważny na bagnach wodzony przez ognika. Z tym, że tutaj Victoria nie chciała go wprowadzić w trzęsawisko. Dobre chęci niekiedy prowadziły do Piekła, chociaż wydawało ci się, że były świetnym pomysłem. Tak jak złe podpowiedzi czasem okazywały się niezwykle dobrymi. W świecie Sauriela nie było za wiele miejsca na biel, ale było miejsce na odcienie szarości. Należało rozważnie dodawać farbę. Płótno mogło zostać nią zalane i zamiast gładko zmienić kolory - ostałyby się brzydkie plamy i nierówne pasma. Nie biel. Nie szarość. Nawet nie czerń. Kleks, jakiego nikt nie potrzebował i nie chciał w obrazie.
Wydał z siebie dźwięk podobny do odetchnięcia, opuszczając na moment głowę. Zatrzymał ruch palców, zatrzymał się cały. Owszem, mógł. Wiedział, że by mu pomogła. Ale nie chciał jej pomocy. Nie chciał na niej polegać, na nikim nie chciał polegać. Najchętniej stoczyłby tę bitwę sam, jeśli już ją podejmie. Wystarczająco pomogła, miałby ją narażać? Cofnął swoją dłoń, wyplątał ich palce i zdjął z siebie skórzaną kurtkę. Spojrzał Victorii w oczy.
Podwinął rękaw i pokazał jej znak na lewym przedramieniu. Czaszkę i wijącego się węża, które paliły regularnie, kiedy tylko ktoś czegoś potrzebował.
... To nie miało być takie proste i nie mogło być. Tak sobie to Sauriel wyobraził, ale po opuszczeniu głowy nie było z jego strony wcale ściągnięcia kurtki ani podwinięcia rękawa. Ale rzeczywiście w końcu podniósł swoje spojrzenie, nawet lekko się uśmiechając pod nosem.
- Meksyk brzmi jednak kusząco. - Zabrzmiał na zmęczonego, bo w zasadzie był zmęczony tym tematem. Drażnił go i nie pozwalał robić swojego. A teraz miał się do niego przykleić kolejny - jeszcze gorszy. - Dzięki. Dziękuję. - Było w końcu za co.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.