07.09.2023, 21:16 ✶
- Ty mnie może znasz, bo ja jestem ulicznym celebrytą - przyznałem rozbawiony, kłaniając się w pas. - Choć co prawda, częściej w postaci rudej, puchatej kulki, ale nie pozbawiam również świata widoku mojej nietuzinkowej, zniewalającej urody - przyznałem tak przy okazji, żeby wiedziała, jaki ja bywałem dobroduszny. Rzecz jasna, to ja ze śmiechem wszystko wypuszczałem z siebie w postaci słów, bo nie potrafiłem być poważny. Z reguły. Jedynie śmiertelne sytuacje wprawić mnie mogły w inny nastrój.
I zdawało mi się, że Heather również bywała rozwiązła. A to niby nie szukała męza, ale miała kawalera, kawalerów, kto wiedział ile ich tam był, ale... To nie moja sprawa była, chyba że miałaby ochotę porozmawiać o swoim życiu prywatnym, to ja bardzo chętnie. Nawet obiecałbym, że nie sprzedam tych historii do gazety, bo co jak co, ale ja dobrym kumplem byłem i bym tego jej nie zrobił. Chyba, że dla rozgłosu, sama by chciała. Niektórzy pragnęli być w centrum uwagi, a ja, cóż, specjalizowałem się niekiedy, kiedy chciałem, w sprzedawaniu, cóż, w szerokim roznoszeniu plotek.
- Aaa... Coś tam słyszałem, ale ciężko było zrozumieć, bo tu większość została przywieziona nieprzytomna albo jęcząca, a z jęków to tak ciężko przetłumaczyć - przyznałem się do tego, co tu miało miejsce. Aramagedon istny, ale cieszyłem się, że przydałem się na dyżurze. Nawet nie przysypiałem!!! Tylko dzielnie walczyłem o zdrówko innych. Komuś nawet uratowałem życie. Fajnie było. Ale nie życzyłbym im tego wtedy, a tym bardziej drugi raz. Biedaki. - Ale potem plotkami zawrzało. I tam naprawdę był ten Voldemort? We własnej osobie? Jak on wyglądał? - zapytałem seryjnie zaciekawiony. Przysiadłem na łóżku obok Heather i na razie zapomniałem o obowiązkach. Rehabilitacja, nie rehabilitacja... I tak ręka musiała dojść do siebie, a tu była przecież Heather ze swoimi wspomnieniami, opowieściami. I była taka piękna, prawdziwa, ruda i piegata.
- A ty się tak nie boisz? No wiesz, walczyć... Jako brygadzistka pracować? - zasypywałem ją pytaniami, nie potrafiąc się powstrzymać. Sam za dobry nie byłem w zaklęcia. Bardziej mi szło w psucie zaklęć, ale to też się do tego zmusiłem. Bardziej preferowałem zmieniać kształty i faktury, szczególnie swój zadek w ten rudokoci.
I zdawało mi się, że Heather również bywała rozwiązła. A to niby nie szukała męza, ale miała kawalera, kawalerów, kto wiedział ile ich tam był, ale... To nie moja sprawa była, chyba że miałaby ochotę porozmawiać o swoim życiu prywatnym, to ja bardzo chętnie. Nawet obiecałbym, że nie sprzedam tych historii do gazety, bo co jak co, ale ja dobrym kumplem byłem i bym tego jej nie zrobił. Chyba, że dla rozgłosu, sama by chciała. Niektórzy pragnęli być w centrum uwagi, a ja, cóż, specjalizowałem się niekiedy, kiedy chciałem, w sprzedawaniu, cóż, w szerokim roznoszeniu plotek.
- Aaa... Coś tam słyszałem, ale ciężko było zrozumieć, bo tu większość została przywieziona nieprzytomna albo jęcząca, a z jęków to tak ciężko przetłumaczyć - przyznałem się do tego, co tu miało miejsce. Aramagedon istny, ale cieszyłem się, że przydałem się na dyżurze. Nawet nie przysypiałem!!! Tylko dzielnie walczyłem o zdrówko innych. Komuś nawet uratowałem życie. Fajnie było. Ale nie życzyłbym im tego wtedy, a tym bardziej drugi raz. Biedaki. - Ale potem plotkami zawrzało. I tam naprawdę był ten Voldemort? We własnej osobie? Jak on wyglądał? - zapytałem seryjnie zaciekawiony. Przysiadłem na łóżku obok Heather i na razie zapomniałem o obowiązkach. Rehabilitacja, nie rehabilitacja... I tak ręka musiała dojść do siebie, a tu była przecież Heather ze swoimi wspomnieniami, opowieściami. I była taka piękna, prawdziwa, ruda i piegata.
- A ty się tak nie boisz? No wiesz, walczyć... Jako brygadzistka pracować? - zasypywałem ją pytaniami, nie potrafiąc się powstrzymać. Sam za dobry nie byłem w zaklęcia. Bardziej mi szło w psucie zaklęć, ale to też się do tego zmusiłem. Bardziej preferowałem zmieniać kształty i faktury, szczególnie swój zadek w ten rudokoci.