- W końcu... - Odetchnął, uśmiechając się do Victorii w ten sposób, że wyglądał na takiego cwaniaczka, któremu udało się ugrać swoje. Ale to nie było "ugranie jego" i tak o tym nie myślał. Chociaż na pewno by naciskał na Victorię, żeby się tego pozbyli, bo to naprawdę nie było bezpieczne. Szczególnie dla jej zdrowia. I dla zdrowia otoczenia Sauriela też. - Będzie z głowy, będziemy mieli spokój. - Naprawdę go to cieszyło. Ona będzie spała, on się nie będzie tym martwił, nie będzie już czuł tej nieznośnej walki z samym sobą. Trzeba było tylko brać poprawkę na to, że może być dziwnie przez... jakiś czas. Florence przynajmniej tak zapowiadała.
Religia, duchy, bożki, mistyczne moce - to wszystko były rzeczy, które dla Sauriela były jakąś ściemą mającą kontrolować wierzących. To znaczy jasne - duchy istniały to było niezaprzeczalne. Ale cała reszta? Wierzyć w to, że ten rytuał był związany z jakąś boginką, że to wszystko... nah. Nie. Po prostu nie. Dla niego to było upierdliwe zaklęcie, które czepiło się jego i Victorii. Zaklęcie, które należało po prostu złamać. Złam, wyjdź, zapomnij - oto, czego oczekiwał od tego spotkania. Jedyną rzeczą, jaka go kuła to tylko i wyłącznie to, że to Victoria chciała na to wykładać pieniądze. W zasadzie to nie tylko chciała, ale i to zrobiła. Bo Sauriel to mógł chcieć je posiadać, ale fakt był taki, że oszczędności to się nie dorobił nigdy, bo te pieniądze przepływały przez jego ręce i równie szybko się rozchodziły. Na naprawdę różne rzeczy. Nie chodziło nawet o rozrzutność.
Przywitał się z łamaczką klątw i poszedł za nią do pomieszczenia, które miało być do rytuału przygotowane. Jego zaufanie do takich rzeczy było tylko trochę lepiej usytuowane niż niewiara w te wszystkie bzdury pokroju religii czy wróżenia. I jasne, było to interesujące, ale nie to, żeby w to wierzył! Natomiast w to, że skutki tego rytuału można było złamać wierzył całkowicie. Rzadko tutaj bywał. W szpitalu. Nie dlatego, że rzadko miał kłopoty, bo blizny na jego ciele mówiły same za siebie. Rzadko miał kłopoty, których wyjaśnienie w tym miejscu byłoby proste. To i się rozglądał.
- Ay... - Mruknął w odpowiedzi, kiedy kobieta zapytała o świece i wyciągnął je z torby, żeby ułożyć... na środku. I tylko tak spojrzał pytająco, czy to tak? Czy w kwadracie? Czy tak na okrągło mogło być? A może szerzej, a może nie tu? Ale ustawił w kręgu. Natomiast miał bardzo dużo pomysłów, JAK w kręgu je poustawiać. Zdał się na te najbardziej "książkowe" ułożenie.
Cały proces był wyjątkowo niejasny i mglisty, a dodając do tego, że Sauriel w rytuale żadnym nie uczestniczył to powodowało to dyskomfort sam w sobie. Tym nie mniej tak - instrukcja była jasna i klarowna jak słońce. I to niekoniecznie to, które spala na popiół. Sam konkret, bez pierdoletto. Najwyraźniej nie wymagał to całej nocy śleczenia tutaj, czego się obawiał. Nie dlatego, że mu się śpieszyło, ale dlatego, że sobie nie wyobrażał usiedzenia dupskiem w jednym miejscu przez taką ilość czasu. Pierdolca by dostał. Pocieszające też było to, że najwyraźniej nie wymagało to od nich żadnego udziału, żadnego... cholera wie czego. Śpiewania, kurwa, mantr. Jakby tak było to szkoda, że nie wziął gitary. Na szczęście - nie. Pokręcił więc głową na znak, że pytań żadnych nie miał. Skierował się do kręgu i usiadł w nim. Znowu tak pytająco patrząc, czy tutaj jest okej, czy może przesunąć się o dwa milimetry w prawo. Chuj wie? Może to miało znaczenie?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.