08.09.2023, 20:27 ✶
Nie zamierzałem pozwolić by Avelina szła ku niebezpieczeństwu sama, szczególnie że z własnej natury nie zamierzałem jej na to pozwalać, ale też ze względu na niepokój, który wciąż zalewał moje ciało. Wszystkie zmysły krzyczały we mnie, że coś jej się stanie, że jest w niebezpieczeństwie, że mogę ją stracić. Za żadne skarby nie zamierzałem na to pozwolić. Kląłem się na bogó, byle tak nie było, ale nam nie pomagała, rwąc się w kierunku centrum wydarzeń.
Nie musieliśmy długo czekać by ujrzeć prowodyrów rozgardiaszu. Zdecydowanie było coś nie tak, coś nie w porządku, co potwierdziło moje spojrzenie na sir Jamesa Howarda. Cieszyłem się, że miałem laskę, na której opierało się moje ciało, bo inaczej nogi by się pode mną ugieły. Poczułem jak przez plecy przebiega mi dreszcz, a do nozdrzy dociera zgnilizna. To były czary. To była czarna magia. A ja nazywałem się Rookwood, Augustus Rookwood.
I nie podobało mi się, że kobieta zaczepiała Avelinę. Czyżby była tą, którą odrzucił sir Howard? I czy to było takie istotne? Zwracała się do niej, co oznaczało, że nie było dobrze. Musiałem coś z tym zrobić. Jak najprędzej.
- Nie, to wszystko nie tak! - Spojrzałem przerażony na Avelinę, a zaraz później na Danielle. To abstrakcyjne, to absurdalne, że uważałem je za córkę i matkę. - Nie nazywacie się Heinzel. Ty jesteś Aveliną Paxton, a ty Danielle Longbottom. Przyjaźnicie się. Widzicie to? Powiedzcie, że to widzicie... Wszyscy jesteśmy czarownikami. Coś nas mami. Nie jesteśmy tymi, za kogo się uważamy! - mówiłem głośno, donośnie, wręcz krzyczałem, chcąc przebudzić ich wszystkich z tego marazmu. Przerwać i przedłużyć wywody czarownicy, rzekomej pani Fawley.
- A ty... Też jesteś czarownicą - stwierdziłem, obserwując ją uważnie. Ścisnąłem mocniej laskę, co mi uświadomiło, że już jej nie potrzebowałem. Złapałem ją w połowie ręką i odruchowo zważyłem, najwyraźniej oceniając szanse. Nie miałem jednak pojęcia, czy jeśli cisnę ją siłą w czarownicę, to czy będę w stanie zmusić Avelinę do ucieczki. Wydawało mi się to wątpliwe. I pytanie, czy w ogóle byłem w stanie nią uderzyć o czarownicę. Nie wydawała się być amatorką.
Ale chwila, zaraz. Skoro pani Fawley używała magii, to oznaczało, że też mogłem? Cóż, musiałem coś zrobić. Wciąż ściskałem laskę w dłoni, kiedy skupiałem się na czarownicy. Zamierzałem jej użyć, jeśli czary nie zadziałają. Na razie postanowiłem wybadać grunt, czy mogę czarować, a jako że parałem się magią bezróżdżkową, nic nie stało na przeszkodzie. Może za wyjątkiem dziwnych anomalii. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób zachowa się magia. Nieistotne, robiłem to dla Aveliny. Spróbowałem wyczarować drewniany korzeń tuż obok szyi pani Fawley, który miał tylko jedno zadanie w swoim istnieniu. Zacisnąć się wokół jej szyi, udusić wiedźmę.
Na kształtowanie:
Nie musieliśmy długo czekać by ujrzeć prowodyrów rozgardiaszu. Zdecydowanie było coś nie tak, coś nie w porządku, co potwierdziło moje spojrzenie na sir Jamesa Howarda. Cieszyłem się, że miałem laskę, na której opierało się moje ciało, bo inaczej nogi by się pode mną ugieły. Poczułem jak przez plecy przebiega mi dreszcz, a do nozdrzy dociera zgnilizna. To były czary. To była czarna magia. A ja nazywałem się Rookwood, Augustus Rookwood.
I nie podobało mi się, że kobieta zaczepiała Avelinę. Czyżby była tą, którą odrzucił sir Howard? I czy to było takie istotne? Zwracała się do niej, co oznaczało, że nie było dobrze. Musiałem coś z tym zrobić. Jak najprędzej.
- Nie, to wszystko nie tak! - Spojrzałem przerażony na Avelinę, a zaraz później na Danielle. To abstrakcyjne, to absurdalne, że uważałem je za córkę i matkę. - Nie nazywacie się Heinzel. Ty jesteś Aveliną Paxton, a ty Danielle Longbottom. Przyjaźnicie się. Widzicie to? Powiedzcie, że to widzicie... Wszyscy jesteśmy czarownikami. Coś nas mami. Nie jesteśmy tymi, za kogo się uważamy! - mówiłem głośno, donośnie, wręcz krzyczałem, chcąc przebudzić ich wszystkich z tego marazmu. Przerwać i przedłużyć wywody czarownicy, rzekomej pani Fawley.
- A ty... Też jesteś czarownicą - stwierdziłem, obserwując ją uważnie. Ścisnąłem mocniej laskę, co mi uświadomiło, że już jej nie potrzebowałem. Złapałem ją w połowie ręką i odruchowo zważyłem, najwyraźniej oceniając szanse. Nie miałem jednak pojęcia, czy jeśli cisnę ją siłą w czarownicę, to czy będę w stanie zmusić Avelinę do ucieczki. Wydawało mi się to wątpliwe. I pytanie, czy w ogóle byłem w stanie nią uderzyć o czarownicę. Nie wydawała się być amatorką.
Ale chwila, zaraz. Skoro pani Fawley używała magii, to oznaczało, że też mogłem? Cóż, musiałem coś zrobić. Wciąż ściskałem laskę w dłoni, kiedy skupiałem się na czarownicy. Zamierzałem jej użyć, jeśli czary nie zadziałają. Na razie postanowiłem wybadać grunt, czy mogę czarować, a jako że parałem się magią bezróżdżkową, nic nie stało na przeszkodzie. Może za wyjątkiem dziwnych anomalii. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób zachowa się magia. Nieistotne, robiłem to dla Aveliny. Spróbowałem wyczarować drewniany korzeń tuż obok szyi pani Fawley, który miał tylko jedno zadanie w swoim istnieniu. Zacisnąć się wokół jej szyi, udusić wiedźmę.
Na kształtowanie:
Rzut Z 1d100 - 44
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Rzut Z 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!