Odpowiedział nawet na uśmiech Victorii, zadowolony z tego, jak jest, że tu są, że będzie ten temat za nimi. Ona przed chwilą zwalczyła chęć złapania go za rękę, a on zwalczył chęć złapania świeczki, którą Florence przestawiła, żeby ją przestawić jeszcze dalej. Żeby w ogóle już było wszystko nierówno, najlepiej tę drugą świeczkę też. By królowała tutaj asymetria. Dzienne? Jeszcze jak! Nawet sobie nie wyobrażacie, jaka to była wielka pokusa, za to na pewno łatwo sobie wyobrazić, jak "nerwowo" i intensywnie się przez moment w tę świeczkę wgapiał. Napisałabym, że miał oczy jak pięciozłotówki, ale zawsze takie miał. Przez to, że były całkowicie czarne. Na szczęście tym razem odpowiedzią na pokusę nie było ulegnięcie jej, tylko odwrócenie swojej uwagi od tej chęci (złośliwej!) i zwrócenie jej na sam przebieg rytuału.
I tak, na sekundę zrobił większe oczy, jak Florence wyczarowała sobie maskę, żeby tego dymu nie wdychać i się naprostował, gotów się wykłócać co tu się dzieje. Wprowadzeni do mniejszego pomieszczenia, pustego, drzwi za nimi zostały zamknięte (a co, jeśli nie tylko "na klucz"? I teraz jeszcze siedzieli w tajemniczym kręgu, żeby wdychać coś jeszcze bardziej tajemniczego... Kuzynowi ufał, ale może zaraz ta wiedźma wyciągnie jakieś magiczne kadzidła?! Może chcą ich tutaj..! Nie, na szczęście nie. Więc znowu się trochę zgarbił. Wkradła się w niego duża niepewność. Nie dlatego, że jednak chciał się wycofać, tylko dlatego, że odkrył, jak bardzo nie ufa tej kobiecie. I w zasadzie to miał ochotę podwinąć ogon i stąd odejść w tempie przyśpieszonym. Kiedy ktoś w ciebie celuje różdżką chociaż wiesz, że możesz mu rozjebać mordę o bruk. Kiedy ktoś zapewnia, że chce ci pomóc i cię wprowadza w jakieś czary-mary, fiku-miku to rzeczy proste być przestają. Najgorsza jest pułapka własnych pragnień - kiedy chcesz czegoś tak mocno, że nawet przestajesz wyczuwać postępu, bo samego siebie nakręcasz na to, że się uda. Czy tak było w tym przypadku? Chyba nie. Chyba zupełnie niepotrzebnie wpadł w jakąś paranoję. Więc i się skrzywił... zastanawiając się przy okazji, jak konkretnie ma wdychać ten dym, kiedy nie oddychał... Czy to było coś, o co powinien zapytać? Pewnie zabrzmiałoby jak kąśliwa uwaga. W każdym razie - starał się... wąchać. Bo tylko to mógł zrobić.
Mimo to kiedy świat się zaczął rozmywać to było całkowicie przyjemnie.
Taka mała klitka, w której nic ci nie grozi, ale nie masz poczucia, że nie możesz z niej wyjść. To nie było więzienie - to było sakrum. Jak uświęcone miejsce, tylko nie było potrzeby maziać go święconą wodą. Niepokój, niepewność, brak zaufania się jakoś rozpływały. Chciało się temu poddać. Sauriel przysiągłby, że mógłby się zwinąć w kłębek i przysnąć. Blisko kolan Victorii, żeby ułożyć głowę na jej udach, albo chociaż obok. Tak bezpiecznie... I nagle nie żałował tego, co się wydarzyło. Tego, że był na Beltane i że przyjął ten wianek, a potem jak małpka wskoczył na to głupie drewno i go tam zawiesił. To było zabawne. Fajne. Tak samo jak to, kiedy mogli chwilę potańczyć do muzyki, jaka była tam grana. Szkoda, że tak nie mogło być codziennie. Bez strachu, bólu. Bez widma ciemności wiszącej nad głowami. To był piękny dzień, bo piękny był wtedy świat - malowały blaskiem słońca i świeżości wiosny...
Uczucie przeminęło, ale spokój pozostał, gdy świece zgasły. Chciał się odezwać, zapytać: to już? Nie zrobił tego. Powstrzymał się, pamiętając prośbę, by jednak nie rozpraszać skupienia Łamaczki Klątw. Oderwał jednak spojrzenie od Victorii, drgnął, by spojrzeć na Florence.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.