Czy cokolwiek było inaczej? No tak, to było pytanie, które nie powinno być kierowane do Florence. Nikt lepiej od nich nie mógł powiedzieć, czy wszystko się udało i czy przebiegło pomyślnie. Florence robiła to po raz pierwszy i mieli być jej królikami doświadczalnymi. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy było inaczej. Było. Jakaś... mała pustka? Jakby czegoś brakowało, coś zostało zabrane? I... kiedy spojrzał na Victorię... nie było tego. Wampir odetchnął z wielką ulgą, głośno i wyraźnie.
- W końcu. - Na bogów wszelakich i inne bory, kiedy akurat bogowie nie mogli - w końcu! Koniec tego absurdalnego, nienaturalnego przyciągania, koniec z tym nienaturalnym... czymś, co kompletnie psuło jego rytm życia i nie pozwalało być po prostu sobą. W takim chwilach ta dziura mogła rzeczywiście sprawiać ból. Ale mogła też przynosić ulgę. Jak pasożyt, którego z ciebie wyrwali, który namawiał cię do robienia rzeczy, których robić nie chciałeś. Albo chciałeś, tylko nie wiedziałeś, czy to jeszcze ty, czy już to ciało obce próbujące przejąć nad tobą kontrolę. - Dziękujemy Pani bardzo. Kawał dobrej roboty. - Z tym rytuałem. Och, Sauriel wpadł w tak euforyczny nastrój, że mógłby teraz Florecne po rączkach całować i nawet bez żadnego problemu podał jej swoją. Już pomysł na to, że kobieta chciał ich tutaj zwyczajnie wymordować mu wypadł z łba, ze złoczyńcy tej historii w parę minut Florence zamieniła się w bohaterkę! Na szczęście nie potrzeba było wiele, żeby przekonać Sauriela do takiej zmiany. Szczególnie, jak ten złoczyńca został nim w sumie bezpodstawnie, tylko dlatego, że czarnowłosy miał paranoję. - Będziemy dawali znać, jak będzie się coś działo. Nie, Viki? - Rzadko ją tak nazywał. Rzadko chyba w ogóle wypowiadał jej imię.
Wstał z ziemi i odruchowo otrzepał spodnie, chociaż pewnie nie było to wcale konieczne. Tak spojrzał na te świece, nad którymi było tyle roboty... i ot tak, w parę chwil zostały wypalone. Trudno - warto było. Przynajmniej kuzynowi wystarczyło to, że popili przy robieniu tych świec (o czym nie wspomni Victorii, bo jeszcze niesprawiedliwie oskarży go o brak odpowiedzialności i poopowiadali świńskie żarty. Tym nie mniej czas i praca potrzebna do stworzenia ich była śmieszna w propozycji do tego, ile czasu zajęło, żeby te sobie wzięły i spłonęły.
- Kuzyn mnie nastraszył, że ktoś samobójstwo popełnił z powodu tej klątwy. - "Nastraszył" to było bardzo duże przekoloryzowanie, ale zrobił przy tym taką minę, jakby rzeczywiście ta nowina go zszokowała. Ano - bo zszokowała. Ale nie nastraszyła, to była ta różnica. Przekoloryzowanie swojej reakcji na takie rzeczy w jakimś stopniu weszło mu w krew przy obcych. Podszedł do Victorii i złapał ją za rękę, błyskając do niej oczami, przytulił ją do siebie, pogładził po głowie. Jak nie on. Albo właśnie - jak w pełni on. - Jeszcze raz bardzo dziękuję. - A jak! mógłby podziękować i trzeci raz, ale to byłby ostatni. Albo to już był trzeci? Zgubił się w liczeniu. W przeciągu krótkiego czasu drugi na pewno. - Chodź Viki idziemy na randkę. Tym razem nie na cmentarz. Byłaś kiedyś w zagrodzie z gęsiami? - Cóż... jedna randka na cmentarzu, druga na polu ogórków... przynajmniej te randki były oryginalne, i guess?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.