Avelina patrzyła na wszystkich z lekką obawą. Miała wrażenie, że jej usta ją zdradzały, myśli oszukiwały, wzrok zawodził. Czuła wewnętrzny opór przed zmianami, chyba łatwiej było wierzyć w sen niż rzeczywistość, ale wszystko powoli do niej docierało. Augustus stał się Rookwoodem, a na jej twarzy wymalował się szok, gdy kobieta grożąca śmiercią i łzami zmieniła się w plamę wody, a zaraz za nią zszokowana Anne. Z ust Paxton wydostało się ciche westchnienie. Patrzyła na Augustusa nie rozumiejąc tego, co tu robił, dlaczego tu był. Wiedziała jednak, że czuła ulgę na jego widok. Nie była sama, była tu z nim. Miała nadzieję, że uda mu się ją obronić. To on był od pojedynków – ona nie potrafiła walczyć nawet jeśli by chciała. Gdy wspomniał o Danielle, która była jej matką spojrzała na nią marszcząc intensywnie brwi i wpatrując się w nią zbyt mocno.
Jej uwagę jednak zwrócili mężczyźni, którzy niebezpiecznie zbliżali się w jej kierunku, więc odwróciła swój wzrok od rodizny. Cofnęła się o krok patrząc na nich z dozą ogromnej obawy. Nie miała jak się bronić, nigdy nie należała do osób silnych i sprawnych fizycznie. Nie miała różdżki, a tylko Augustus posługiwał się magią.
– Rookwood, zrób coś i zostaw ten badyl potrafisz chyba chodzić nie?! – krzyknęła zapominając się z tym, że nigdy mu nie rozkazywała, że nie chciała mu rozkazywać, ale on zareagował w tym samym momencie chowając ją za sobą. Posłuchała się, co pewnie mogło go zaskoczyć. Zawsze była samodzielna, sama sobie życie układała i sama sobie radziła, nie potrzebowała ochrony innych osób. Teraz była jednak w sytuacji, w której nie czuła się pewnie.