16.09.2023, 21:20 ✶
- Nie jest dobrze - stwierdziłem, pozwalając sobie spojrzeć na Avelinę, kiedy dwoje naszych ostatnich wrogów zamieniło się w morską wodę i właśnie mieszali się z moją plamą oleju. Faktycznie, Sebastian miał rację, że ten olej nie był zbyt prkatyczny, ale ogień zdecydowanie nie powinienen mieć tu miejsca, jeśli chcieliśmy ujść z życiem. Szczególnie, biorąc poprawkę na moją oleistą maź. Płonęłoby zdrowo. Nasze ciała również, a my tańczylibyśmy w agonii. Sekcji zwłok by nie było, bo pochłonęłaby nas ciemność. Ta sama, o której mówił Howard. Cisza i ciemność - przerażająca wizja na spędzanie czasu, bezwględnie długiego czasu.
- Ale wróciłaś do siebie - stwierdziłem z ulgą, nawet się lekko uśmiechając. Nie obchodziło mnie w tej chwili, że była tu Danielle Longbottom i jeszcze inni. Ścisnąłem pokrzepiająco jej dłoń. Nie miałem pojęcia, czy bardziej pocieszałem ją, czy siebie. Znowuż.
Rozejrzałem się wokół, zastanawiając się, czy jakakolwiek część tej przestrzeni mogła nam pomóc w wyrwaniu się z tego snu. Niby wszystko wyglądało normalnie, jak gdyby było prawdziwym, aczkolwiek doskonale pamiętałem utratę kontroli nad własnym ciałem, moment, kiedy upadałem... obok Aveliny, a potem było to fałszywe coś z kawiarnią, tą laską, rzekomym moim wypadkiem, jakieś zaręczyny Aveliny z sir Howardem. Rzeczy, wydarzenia, które nie były prawdziwe.
- To ewidentnie jakaś iluzja, mara senna... Obawiam się, że jeśli pozostaniemy tu na dłużej, skończymy wedle ostatnich słów Howarda - odparłem, myśląc przy tym intensywnie. Jedyny sposób żeby się uwolnić, to się obudzić, jednakże... Doskonale znałem przerażającą naturę koszmarów sennych. Przybywały znienacka i nie pozwalały sobie na przerwanie, nie chciały zostawiać swojej ofiary aż do samego końca.
Ale to nie były sny, w których Avelina nakazywała mi iść własną drogą, nie porzucała mnie, ba!, stała u mojego boku i wspierała w walce o nasze życie. Trzeba było więc działać. Laska nie miała mi się na nic przydać, więc cisnąłem ją na drewniany pokład, tuż obok moich stóp.
- Spróbuję rozproszyć magię wokół nas, aczkolwiek... Jeśli to nie pomoże, proponuję opuścić pokład, cały statek w jeden możliwy sposób - zaproponowałem, zdecydowałem. Mówiłem rzeczowym tonem. Avelinę zamierzałem pociągnąć za sobą, a reszta już niech robi co chce. Jednakże nim na dobre zaryzykuję naszym życiem, wolałem spróbować tej bezpieczniejszej metody, dlatego skupiłem się na statku, na jej aurze, na pogodnym niebie nad naszymi głowami... I zaraz też przywołałem swoje wspomnienia o tym, co zastałem tu, wchodząc na pokład pierwszy raz, w tym prawdziwym świecie, gdzie śmierdziało zgnilizną, a Avelina leżała bezwładnie na przegniłym drewnie pokładu. To tam chciałem się znaleźć, więc trzeba było zniszczyć tę bańkę, wstrętną przekłamaną iluzję.
Rzuciłem zaklęcie za rozpraszanie. Nie obejmowałem nim konkretnych przedmiotów czy osób, tylko spróbowałem rzucić je obszarowo. Rozlać jego magię wokół nas, by zniszczyła całą przestrzeń snu.
Rzucenie zaklęcia rozpraszającego sen x2
- Ale wróciłaś do siebie - stwierdziłem z ulgą, nawet się lekko uśmiechając. Nie obchodziło mnie w tej chwili, że była tu Danielle Longbottom i jeszcze inni. Ścisnąłem pokrzepiająco jej dłoń. Nie miałem pojęcia, czy bardziej pocieszałem ją, czy siebie. Znowuż.
Rozejrzałem się wokół, zastanawiając się, czy jakakolwiek część tej przestrzeni mogła nam pomóc w wyrwaniu się z tego snu. Niby wszystko wyglądało normalnie, jak gdyby było prawdziwym, aczkolwiek doskonale pamiętałem utratę kontroli nad własnym ciałem, moment, kiedy upadałem... obok Aveliny, a potem było to fałszywe coś z kawiarnią, tą laską, rzekomym moim wypadkiem, jakieś zaręczyny Aveliny z sir Howardem. Rzeczy, wydarzenia, które nie były prawdziwe.
- To ewidentnie jakaś iluzja, mara senna... Obawiam się, że jeśli pozostaniemy tu na dłużej, skończymy wedle ostatnich słów Howarda - odparłem, myśląc przy tym intensywnie. Jedyny sposób żeby się uwolnić, to się obudzić, jednakże... Doskonale znałem przerażającą naturę koszmarów sennych. Przybywały znienacka i nie pozwalały sobie na przerwanie, nie chciały zostawiać swojej ofiary aż do samego końca.
Ale to nie były sny, w których Avelina nakazywała mi iść własną drogą, nie porzucała mnie, ba!, stała u mojego boku i wspierała w walce o nasze życie. Trzeba było więc działać. Laska nie miała mi się na nic przydać, więc cisnąłem ją na drewniany pokład, tuż obok moich stóp.
- Spróbuję rozproszyć magię wokół nas, aczkolwiek... Jeśli to nie pomoże, proponuję opuścić pokład, cały statek w jeden możliwy sposób - zaproponowałem, zdecydowałem. Mówiłem rzeczowym tonem. Avelinę zamierzałem pociągnąć za sobą, a reszta już niech robi co chce. Jednakże nim na dobre zaryzykuję naszym życiem, wolałem spróbować tej bezpieczniejszej metody, dlatego skupiłem się na statku, na jej aurze, na pogodnym niebie nad naszymi głowami... I zaraz też przywołałem swoje wspomnienia o tym, co zastałem tu, wchodząc na pokład pierwszy raz, w tym prawdziwym świecie, gdzie śmierdziało zgnilizną, a Avelina leżała bezwładnie na przegniłym drewnie pokładu. To tam chciałem się znaleźć, więc trzeba było zniszczyć tę bańkę, wstrętną przekłamaną iluzję.
Rzuciłem zaklęcie za rozpraszanie. Nie obejmowałem nim konkretnych przedmiotów czy osób, tylko spróbowałem rzucić je obszarowo. Rozlać jego magię wokół nas, by zniszczyła całą przestrzeń snu.
Rzucenie zaklęcia rozpraszającego sen x2
Rzut Z 1d100 - 25
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut Z 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!