Pozbycie się tej całej więzi było… Przedziwnym uczuciem. Victoria miała wrażenie, jakby czegoś jej brakowało – czegoś, co towarzyszyło jej przez ostatnie półtorej miesiąca. Było, ciągnęło ją do Sauriela, do jego obecności, do jego dłoni, ramion, ust… Nigdy z tego nie skorzystała i czuła przez to frustrację. Tym większą, kiedy wiedziała, że flirtuje z kolejną kobietą – nigdy z nią samą. Jakby coś było w niej nie tak, jakby i z nią nie można było… I później czuła, że Rookwoodowi coś grozi. A teraz nic. Pustka. Spokój. Żadnego ciągnięcia w nocy, że pewnie za chwilę ktoś znowu wbije mu nóż pod żebra. Żadnego ukłucia w sercu, że podrywa kolejną pannę. Ale to, że tego już nie czuła – że została w sercu ta ziejąca pustka, po czymś, co w miesiąc się tam rozepchało, jakby było od zawsze – nie znaczyło, że nie wie, że to nie uległo zmianie. Jego postepowanie. Jego tryb życia.
Ponownie to ona zaprosiła Sauriela na spotkanie, na wieczorny spacer po parku – z dala od domu Lestrange’ów, z dala od zgiełku kawiarni, restauracji… Byli tylko oni, wiatr szumiący między drzewami, zapalone latarnie i pojedynczy mijający ich ludzie. Victoria nie spieszyła się, szła pomalutku przy boku dużo wyższego od niej Sauriela, nie bardzo się odzywając po tym, jak już się spotkali i przywitali. Wyglądało to tak, jakby rozkoszowała się tym wieczorem. Celowo wybrała park w niemagicznym Londynie – mniejsza szansa na to, że trafią na kogoś, kto ją rozpozna, zacznie się gapić, zagadywać…
Przynajmniej nie czuła już tej chęci, by złapać go za rękę.
– I jak się czujesz? Lepiej? Nie masz żadnych nawrotów? – zagaiła w którymś momencie, kątem oka spoglądając na Rookwooda. Zupełnie nie wiedziała jak ma się teraz wobec niego zachowywać. Jak przed Beltane? Jak po? Ale po było… To nie były jej uczucia… czy były? A teraz… Przecież zgodziła się zostać jego żoną. Jak miała go traktować? Czego oczekiwać?