Spojrzała na niego tak… ale tak wymownie, że była pewna, ze ten bystrzak jednak zrozumie swój taktyczny błąd i przestanie rozpytywać o żuli spod monopolowego, bo zupełnie nie byli w jej okręgu zainteresowania.
– Dopytuję, bo jesteś… – szukała na to odpowiedniego słowa, ale po chwili próby podejścia do tematu dyplomatycznie się poddała. – Przedziwnie radosny – dokończył a i spojrzała w ciemne niebo. Nie chciała mu psuć humoru, w ogóle nie o to chodziło. – I trzymasz mnie za rękę – nawet uniosła te ich dłonie żeby mu to pokazać, nie było pomyłki. I nie, nie przeszkadzało jej to, gdyby tak było, to by się zręcznie wyślizgnęła, natomiast w pierwszej chwili potrzebowała momentu, żeby zorientować się co się właściwie dzieje. Bo naprawdę… Z boku wyglądali jak… najprawdziwsza para na spacerze. A kim dla siebie byli? Victoria miała mętlik w głowie. Mętlik i dostawała też sprzeczne informacje. – To nie powinno być tak, że przed przełamaniem tego powinieneś chcieć mnie trzymać za rękę? – czy to nie więź miała ich do siebie przyciągać? Ją z pewnością przyciągała. I jakże trudne były pierwsze dni – kiedy potrzebowała mieć go przy sobie, a nie miała, i jednocześnie próbowała się połapać co się z nią w ogóle dzieje.
Wiedziała, że to nie jest pogoda dla Sauriela, więc się z nim nie umawiała na takie wyjścia przed zapadnięciem zmroku. Wcześniej mogli się widywać, ale właściwie tylko w domu, pod warunkiem, że pozasłaniane były okna. Dla Victorii nie było to nadmiernie uciążliwe, angielska pogoda zazwyczaj była taka, że było ponuro i nawet się przez okno nie chciało wyglądać, że już lepiej i tak było sobie doświetlać pomieszczenia.
– No mówiła – przyznała mu. Pamiętała to. Co nie zmieniało faktu, że było to uczucie irytujące. Bo… czegoś w niej brakowało. Albo czegoś JEJ brakowało. Uczuć? Emocji? Pewności? Miała mętlik w głowie. Kiedy więź działała, to pomimo tych ignorowanych przymusów, wiedziała co czuje. Teraz nie wiedziała. – Przeszkadza mi. Masz coś, co cię wypełnia, a później ktoś ci to wyrywa i zabiera. I wiesz, że tego nie ma – próbowała mu opisać to uczucie, ale nie była pewna, czy skutecznie.
– Nie wiem jak mam cię teraz traktować – przyznała po chwili. Chyba to męczyło ją w tym wszystkim najbardziej. Nie wiedziała, bo po zaręczynach czuła… różne inne rzeczy. I nie miała tak naprawdę szans się tego nauczyć. W pewnym sensie zaczynali od zera, ale nie w punkcie wyjścia, a pięć kilometrów za startem.