Sauriel uniósł rękę i zrobił z palców dziubek, zaczynając nimi ruszać, kiedy Stanley zaczął o tym swoim milion galeonów i że nie dał czasu mu się przebrać. Nawet wywrócił oczami i pokiwał głową na boki. Niekoniecznie zauważając tutaj prawidłowość, że faktycznie, czas miał, ba! Mógł nawet oświadczyć, że najpierw to w sumie on przygotował im romantyczną, wspólną kąpiel, żeby mogli porównać długość swoich siusiaków, posypał płatki róż i przyniósł szampana. Kurwa, Sauriel pierwszy byłby w wannie, żeby czekać na Stanleya jak Dariuszek z pewnej słynnej książki zatytułowanej "Trudne Sprawy". Możecie nie znać, to mugolskiego pióra.
- Ty wiesz, co to jest Disneyland? - Przestał aż przedrzeźniać przyjaciela, spoglądając na niego z niedowierzaniem. Spodziewał się czegoś w stylu: no pewnie, zamek Króla Artura. Ale może zwyczajnie Sauriel był wyrodnym kumplem i nie doceniał wiedzy merytorycznej Mulcibera? - Ty nie masz jakiejś swojej laski? Weź zabierzemy nasze panienki i przejedziemy się do Disneylandu. - Pomyślelibyście: niee, no zgrywa się. Otóż nie. Widać było to po czarnych oczach, które nagle się rozświetliły, Sauriel był jak otwarta książka - jak coś czuł to zazwyczaj było to po nim widać od razu. To, że zazwyczaj czuł wkurwienie ewentualnie totalne zero (czyli równowartość tego, co miał w głowie) to inna sprawa. Teraz się podekscytował. No bo kurwa - DISNEYLAND. Dzisiaj był dzień dziecka, idealny moment na... na zaplanowanie wycieczki do Disneylandu! Nawet puścił mimo uszu to, że ma spojrzeć na siebie! Jak zwykle wyglądał jak obdartus, ale ooch, ktoś pięknie posłodził i posmarował, że jest aura rodem z Azkabanu... Sauriel by tutaj strzelał blush blush, gdyby tylko był w stanie się rumienić.
- No a kogo mam kurwa pytać? - Doprawdy, Stanley czasami go irytował swoimi głupimi pytaniami! - Kultura osobista nie pozwala na odpowiadanie pytaniem na pytanie. - Ależ mu kurwa powiedział, ale mu dogadaaaał..! Aż się uśmiechnął pod nosem, zadowolony ze swojej błyskotliwości. Ale to uśmiechnął się tylko na chwilę, bo temat kaszy mannej był naprawdę absorbujący. Do czasu. Do czasu stanięcia przed drzwiami i momentem, kiedy Stanley odbił się od kamiennej góry, jaką był Rookwood. Przed samym wejściem zastanowił się, czy w razie czego Stanley będzie miał pożyczyć drobne na zapłacenie Lorraine. A w następnej chwili już byli w środku.
- Tylko niepoprawny? To bardzo leniwe określenie mojej osoby z twojej strony. - Zmieniła się. Od czasu Hogwartu się zmieniła i jakoś... mimo wszystko zupełnie nie pasowała do tego miejsca. Jej uroda aż prosiła się, żeby jakiś paniczyk pojmał ją do swojej rezydencji i karmił ciasteczkami, pozwalając służbie czesać jej włosy, żeby mu ładne dzieci urodziła. I to takiej czystej krwi, bo jakżeby innej. Nazwisko w końcu zobowiązywało. - Stanley - Lorraine, Lorraine - Stanley. - Przedstawił ich pokrótce, nie rozdrabniając się na nazwiska. Nie były tutaj potrzebne. Chyba. Zresztą Sauriel by się jeszcze pomylił i przedstawił go jako "Stanley Mulciber". Już wystarczy, że z Victorią mu się wszystko pomieszało. Lorraine dojrzała i wydoroślała, teraz rzeczywiście nie była już dziewczyną, a damą malowaną. No, może gdyby nie otoczenie to rzeczywiście damą by była. To, że skończyła z biznesem na Nocturnie go nie dziwiło. Chyba nawet dobrze się urządziła? W końcu nie miał pojęcia, że nie siedziała na swoim garnuszku. Nie tak do końca. - Dobra, dobra, spijesz klientów i potem będzie, że byli łatwiejsi. - Poprawił kurtkę, otoczony smrodem fajek i whiskey. To tak jeśli chodzi o trzeźwość. Nikt mu nie powie, że po jednej szklance (czy tam jednej butelce) człowiek stawał się pijany. To znaczy - jasne, mogliby powiedzieć! Tylko za jaką cenę?
- Jasne, że czegoś chcę, Królewno. - Spojrzał po tym zdaniu na Stanleya (nie, nie chodziło o to, że Stanley jest królewną), bo oto nadeszła ta chwila, w której dowiaduje się on, o co w ogóle chodziło i że to wszystko w imię Pana Boga Naszego - Tomcia. Amen. - Kochanie, wydrapałbym ci te piękne oczka zanim byś dobrze złapała za obcążki. - Przesunął sobie fotel, żeby usiąść. - Stanley, ale nie ten Stanley, tylko drugi Stanley, nazwiskiem Reid. Prowadzi knajpę Skryty w Cieniu. - Generalnie nie było lepszego towarzystwa do tego zadania niż Stanley. Głównie dlatego, że to całkiem zabawne, że była mowa o imiennikach. - W tej knajpie, okazyjnie co piątek, pojawiają się zjeby robiące zamieszanie. Trafiłem do ciebie przypadkiem szukając infobrokera. I całkiem się cieszę, widzą piękną twarzyczkę przed sobą. - Na szczęście tym razem nie będzie wypominania tamtego jednego nabytku, po którym miał zjazd stulecia. - My sobie ze Staszkiem pójdziemy panów obić, a ty - wskazał jasnowłosą paluszkiem - poszukasz mi informacji, kto za nimi stoi i czemu w ogóle robią pierdoloną rozróbę. Możesz też mi dać namiary na ich babcie i dzieci, jeśli takie mają. - Kiedy było trzeba to Sauriel potrafił się postarać. A kiedy przychodziło do wykonywania zadania dla Czarnego Dzbana to robił na maksimum swoich możliwości. - Potem sobie może porównamy to, co nam wyśpiewają z tym, co znajdziesz. Optymistycznie zakładając, że przeżyją.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.