Niestety czy tego Sauriel chciał czy nie - prędzej czy później musieli porozmawiać. Gdzieś wcześniej po drodze prowadzili bardzo nieśmiałe rozmowy w tym temacie, ale były bardziej badaniem gruntu niż faktycznie szczerą rozmową. Jedno się nie zmieniło – Victoria nie chciała, żeby z Saurielem byli dla siebie wrogami. Jeśli ten ślub miał dojść do skutku, a póki co wszystko na to wskazywało, to nie chciała prowadzić całkiem odrębnego życia, albo by byli małżeństwem tylko na dokumencie, a potem… on swoje, ona swoje, i nawet się nie widują. Nie chciała się go bać, nie chciała wracać do domu z myślą, że wraca tam za karę i tak dalej. Pragnęła ciepła, wsparcia. Wszystkiego tego, czego nie zaznała w domu – i chciała odwdzięczyć się tym samym, ale tego mu nigdy nie powiedziała.
Kiedy jak nie dzisiaj? Kiedy będzie lepszy moment na tę rozmowę? Pewnie nigdy. Każdy będzie jednakowo chujowy. I tak, potrzebowała porozmawiać. Z nim. A z kim jak nie z nim? Ze swoją matką? A w życiu. Z Cynthią? Z Laurentem? Z Brenną? Żeby każde z nich przypomniało jej, że to jest WaMpIr, że żywi się krwią i że nie będzie mogła zostać mamą? Że nigdy nie pójdzie z nim w ciągu dnia na spacer? Ze mogą ją oceniać za małżeństwo z wampirem, że mogą ją zacząć skreślać towarzysko? Wiedziała o tym wszystkim bez przypominania jej o tym. I oczywiście, że było trudniejsze po zerwaniu rytuału. Póki był, to nawet jeśli musiała się pilnować i powstrzymywać, to w jego obecności czuła się spokojniejsza. A teraz nawet tego nie miała.
Nie miało być żadnego kręcenia i owijania w bawełnę. Wiedziała, ze Sauriel jest bystry, a nie tępy, chociaż tak się jeszcze przed chwilą zachowywał. I mógłby ruszyć głową, a nie leniwie czekać aż mu wszystko podstawi pod nos, ale tak – nie miało być z jej strony żadnego kręcenia. Tym niemniej faktycznie ubodło ją to co powiedział na początku – czyli, że nie będzie jej ciągnąć za język. Odebrała to tak, jakby go to po prostu nie do końca interesowało.
– Kim ja dla ciebie właściwie jestem? – zapytała zamiast odpowiedzieć. – Znajomą? …Przyjaciółką? Ze znajomymi albo z przyjaciółkami nie chodzi się za rękę na spacer – nie patrzyła na niego, a na drogę przed nimi. Papierosa nie przyjęła, nie miała jakoś ochoty zapalić. – Poślubiać mnie nie chcesz. Nie będzie tego wszystkiego, co wymieniłeś, to co będzie? Jak ty to sobie wyobrażasz, hm? Że co? Aranżowane małżeństwa mają swoje problemy, lubią się, albo się nie lubią, ale jest coś co je spaja i są to dzieci, których my z wiadomych przyczyn mieć nie będziemy. Więc jak to będzie wyglądać? Zastanawiałeś się? – pewnie się nie zastanawiał, bo trzeba by było poświecić na to myśli. A Victoria o tym myślała i to niemało. I wydawało jej się… że da się tu coś w takiej relacji ugrać. Ale jak tak usłyszała stwierdzenie Sauriela, to bardzo w to zwątpiła, przypominając sobie swoje fantastyczne wnioski na temat tego, że mu się przecież nawet nie podoba. – Więc nie chcę udawania, że jest coś, czego nie ma i nie będzie – wedle jego własnych słów. – A co ja bym chciała to co to kogokolwiek obchodzi. Każdy ma już swoją wizję, nie? – ona mogła się co najwyżej dopasowywać, albo iść pod prąd, ale to nic nie dawało, tak sądziła. I po tym co powiedział… jakoś wątpiła, by dane jej było zaznać tego, czego tak chciała.