Czemu teraz a nie przed zerwaniem więzi… to akurat było bardzo oczywiste dlaczego. Wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziała co jest grane, kiedy myślała że to pochodzi od niej, próbowała sobie z tym poradzić na własny sposób, bo Sauriel choć ją odwiedzał, to zdawał się trzymać dystans celowo. Przekaz był więc dla niej jasny: nie był zainteresowany, co frustrowało ją dodatkowo, bo czuła jak flirtuje z innymi kobietami. Chciał zerwać tamtą więź, bo mu przeszkadzała. Denerwowało go, że go do niej ciągnie, więc jak mogłaby wtedy tknąć jakkolwiek ten temat? A teraz się wszystko odwróciło – i Victoria zupełnie nie rozumiała co się właściwie dzieje. Dlatego tak go dopytywała, bo miała wrażenie, jakby w jego przypadku więź nie tyle nie została zerwana, co jej siła się zwiększyła. Zaczął gadać o… o jakichś randkach, potem łapać ją za rękę. Jak mogła nie zgłupieć? Więc dlaczego teraz…? A kiedy? Jej oczekiwania wcale nie rosły. Ciągle były dokładnie takie same, po prostu o nich nie mówiła na głos. Sauriela polubiła i… Jakoś tak. Miała nadzieję, że uda się cokolwiek tutaj pomiędzy nimi poukładać. Ale on nie chciał nic układać. Żył, jak to sam powiedział, „od wtorku do wtorku”.
Ach. Nie zbierała się do przyjęcia na siebie kolejnych słów, chociaż wydawało się, po tym jak spokojna, gładka, niezmącona emocjami była jej twarz, że bez problemu je na siebie przyjmie. Nie gotowała się do tego, żeby wypuścić swoje skumulowane emocje, żeby się nimi podzielić. Nawet nie zbierała myśli – tych było za dużo w tej chwili, zbyt były rozedrgane, żeby mogła je złapać. I nawet nie chciała tego robić.
Zupełnie nie wiedziała jak ma ten temat ugryźć. Czy tym było właśnie złamane sece? Albo złamana nadzieja na normalność? Jak miała prowadzić swoje życie w takich warunkach, kiedy chciała czegoś innego, a Sauriela te rzeczy nie interesowały? Nie chciała być jedną z tych kobiet, która mając męża, ucieka do kochanka i to z nim ma lepszy kontakt i relację niż z facetem, którego nazwisko nosiła. Jak mogłaby sobie wtedy spojrzeć w oczy? I przede wszystkim – ten ślub to przecież nie był jej pomysł.
Nie odpowiedziała. Uniosła tylko spojrzenie na Sauriela, który stał kilka kroków od niej i pytał czy będą tak stać. Nie muszą. Nic nie muszą. A ona prawdę mówiąc wcale nie chciała już tutaj być, ani kontynuować tego spaceru. Wyrok? Nie byli w sądzie, wyroku nie miało by żadnego. A wynik? A co tu wynikować? Sauriel miał rację, że to nie wypali, bo nawet nie chciał, żeby wypaliło, więc… Z góry było skazane na porażkę.
– Nie, nie chcę – odezwała się w końcu. – Wolałabym wrócić już do domu – przyznała po prostu bez kręcenia, chociaż wcale się długo nie widzieli, a ten spacer po parku nie trwał długo. Nie uśmiechnęła się, kiedy to powiedziała, żeby jakoś załagodzić te słowa. Odetchnęła cicho, gotowa nawet się teleportować, ale nie chciała tego robić tutaj, w mugolskim parku. Lepiej byłoby wrócić do punktu z kominkiem.
I już miała się odwrócić, kiedy jej oczy i spojrzenie zamgliło się dziwnie.
!lestrange5