Nie miało się nic stać. Nie było żadnej myśli, że musi pilnie gdzieś iść, nie było mdlenia, nie było nawet bólu głowy. Był za to ból w sercu. Ten ze wspomnienia i ten… poza nim, ale to też już powoli stawało się tylko wspomnieniem. Tylko innym – tym jej, jej własnym, a nie wciśniętym jej do głowy. Tak, dobrowolnie wskoczyła w ogień, ale nie miała pojęcia, że to droga do Limbo. Sądziła, że to najprawdziwszy portal w inne miejsce w Anglii, w jakiś sposób zmajstrowany przez Śmierciożerców. Gdyby wiedziała, że to wejście do innego świata… Może wszystko byłoby inaczej. Ale mogli tylko gdybać, a tego Victoria w tym kontekście wolała nie robić. Nie wiedziała, że to było Limbo póki z niego nie wyszła i nie powiedzieli jej o tym medycy.
Mieliśmy iść do domu. Tak, chciała iść do domu. Chciała do niego pójść jak najszybciej, zamknąć się w pokoju i nie wychodzić… Długo. Chciała, żeby wszyscy dali jej święty spokój i jednocześnie wcale nie chciała być sama – bo była wystarczająco długo, radząc sobie ze wszystkimi przewrotami swojego życia sama. Tylko sama. Całkiem sama. Chciała iść do domu i nie czuć tego, co czuła. Tego zawodu. Właśnie dlatego starała się nie otwierać na ludzi, bo kiedy się to robiło… to przynosiło ból. Do Sauriela wyciągała rękę przez ostatnie pół roku, tylko po to żeby usłyszeć, że „jest jego muzą”. Nie, nie to chciała usłyszeć. Nie z jego ust. Miała wrażenie, że jest jej jeszcze zimniej niż zwykle.
– Tak, pamiętam – teraz pamiętała, niestety. I trudno było jej te emocje ukryć. Tego jak unikała jego spojrzenia, jak wyglądała na bardzo zmęczoną, smutną, przygniecioną wręcz.
Babciu, co ty najlepszego narobiłaś? Nie jedynie energia z krwi, z zostawionych przy życiu ludzi. Nie. Życie. Życie za życie. Serce jej się ścisnęło. To naprawdę było jak policzek. Najpierw jeden, od Sauriela, drugim poprawione wspomnienie babci.
– Jasne. Dzięki, ale nie ma potrzeby. Po prostu chcę do domu – wymamrotała, a głos miała zduszony, jakby jej gardło było ściśnięte i napięte. Pozwoliła się obrócić w kierunku, z którego przyszli. Wyglądała, jakby ją coś przygniotło, ramiona miała smętnie opuszczone. Teraz już nie szli powoli, spacerkiem, a w miarę szybko, jakby Victoria chciała tę niezbyt wielką odległość pokonać jak najszybciej. I nie było to tylko wrażenie, bo takie właśnie były fakty.
– Sauriel, ja… – odezwała się, kiedy już byli przy kominku. – Po prostu… – pokręciła głową. Nie umiała znaleźć słów, które mogłaby do niego i powinna powiedzieć. Bo co by miała? Miała zerwać zaręczyny i narazić się na gniew swojej rodziny? Albo narazić go na gniew jego rodziny? Absolutnie nie to dla niego chciała. I to z jego powodu w większej mierze, chciała coś z tego poukładać. Dla niego. Bo wiedziała jak go traktują, a jeśli coś nie pójdzie po ich myśli… to co mu zrobią z jej powodu? Albo co zrobią jej?
Czy choćby namiastka normalnego domu to coś, za co trzeba zapłacić tak wiele, że było to właściwie nie do dostania?
– Dobranoc, Sauriel – powiedziała, nim zniknęła w płomieniach.