Na co miał ochotę? Znalazłoby się parę rzeczy. Umoralniania czegokolwiek, krytyki i ocen nie było wśród tych rzeczy. Wolał, żeby ich tutaj nie było. Victoria była rozumiała, aż zbyt. Sam już nie wiedział, jak bardzo sam zjebał, czy mół cokolwiek lepiej, czy mógł gorzej, czy mógł być odważniejszy... Jasne, że mógł, zawsze można zrobić coś lepiej wiedząc, jakie będą tego konsekwencje. Nic jednak nie było czarno białe i tak proste, żeby to umniejszać do "to był prosty wybór". Słyszał już "mogłeś uciec". Jasnee. Bo to w końcu też było zero-jedynkowe, prawda? Victoria sama doskonale sobie zdawała, jakie to proste "móc uciec". I nie trzeba było mieć aż tak patologicznej rodziny, jaką miał on. Każdy człowiek w końcu zostaje doprowadzony do progu, w którym ma dość. Gdzie wszystko cię przerasta i pochłania, pożera żywcem. Victoria, jego zdaniem, zbliżała się do progu, gdzie wszystko będzie już dla niej "zbyt wiele". A nie mieli pojęcia, co jeszcze ją czeka. Więcej wspomnień? Może zacznie naprawdę "być" swoją babką? Może stanie się jeszcze coś dziwniejszego? Nie odpowiedział na to pytanie, bo było raczej jednym z tych retorycznych. Przynajmniej on tak sądził.
- I według ciebie, gdybym przestał, to nie byłoby gorzej. Błąd. Byłoby. - Bo żeby przestać, trzeba było jeszcze zawalczyć o możliwość zaprzestania. O taki sakryfikant, jak wolna wola. Całkowicie. A nawet i z tym nie wiedział, czy naprawdę mógłby przestać. To w zasadzie dość zatrważające, kiedy o tym pomyślał. Że przecież z niecierpliwością niemal czekał na kolejną możliwość dobrania się do czyjejś skóry. Żeby zabić? Niekoniecznie. Żeby wyrządzić krzywdę? Oj tak. To było satysfakcjonujące. Widzieć w końcu innych pod swoim butem, a nie samemu pod nim być. Sauriel wyciągnął piersiówkę z kieszeni kamizelki, odkręcił ją i nalał sobie do kawy. Albo raczej - zapełnił filiżankę tym alkoholem, bo tej kawy to tam w zasadzie już nie było. Podobno tak pili? Irish coffee? Czy jakoś tak... Schował pierściówkę, elegancko wziął filiżankę, napił się. W zasadzie całkiem niezłe. Taka whiskey ze słodyczą... Odstawił filiżankę i wyciągnął fajki.
- Nie. Mnie nie przywiązałaś. Ale ty przywiązałaś się do mnie. Bardzo się przywiązałaś. - Po tamtej rozmowie sprzed paru dni doskonale to zrozumiał. Uśmiechnął się lekko pod nosem, ale to nie był kpiący uśmieszek czy cyniczny. Nie zrozumiała, o czym mówił, ale to nic. Może to nawet wygodniej. Oparł się łokciem o stół, unosząc tego papierosa, jeszcze nie odpalonego. Lubił nocne widoki, ale widok słońca był czymś, za czym się tęskniło. Na szczęście nie to, że nieosiągalnym, bo nadal możliwe było przemykanie za dnia. Tylko nieszczególnie było to przyjemne doświadczenie. - Wiesz, że... mógłbym zabrać twoją matkę. Mógłbym się pozbyć Isabelli. - To była straszna i okropna propozycja, która pewnie nie powinna nigdy paść z jego ust. Ale padła. W zasadzie musiał zapytać. Wtedy byłaby wolna. - Pomijając moją bezczelną propozycję to zastanawiam się, czy sobie poradzisz. Z Izką. Żebyś znowu nie wpadła w sidła kolejnego zajebistego małżeństwa.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.