Eryk przemierzał park szybkim krokiem, ale kiedy słońce zaczęło bajecznie błyszczeć w gęstej koronie drzewa zatrzymał się. Jego czarna szata poruszana wiatrem dawała znaki tego, że on sam, mężczyzna w kwiecie wieku, nie był tylko wytworem wyobraźni czy szalenie dokładną rzeźbą jakiegoś artysty, który zapomniał zabrać swojego dzieła ze sobą. Gdyby się przypatrzyć to nawet widać byłoby, że oddycha. Dość szybko. Z szokującym wręcz przyśpieszeniem jak na tego stoika... kiedy akurat nie był w trakcie kolejnej awantury ze swoim synem. Ale teraz panowała tutaj cisza. Nawet słowa Victorii były takie ciche, że nie dotarły do jego uszu, kiedy kobieta pojawiła się tuż przy Saurielu i usiadła obok niego. Zatrzymał się i spoglądał na scenę, która wyglądałaby zupełnie inaczej gdyby dotarli tutaj chociaż minutę później... Nagle to nie była kwestia tego, czy by syn odszedł i wyjechał. To była kwestia tego, że... nigdy więcej by go nie zobaczył. Nigdy. Więcej.
Kolejny trzask i ciche słowa. Subtelne, kiedy on czuł się zawiedziony i trochę oszołomiony. Gdzie ta urokliwa, ruda panna? Nie było jej, była za to Królowa Nocy. Nie powinno jej tu być. Wszak wstawał poranek. Zawód sięgał tak głęboko, że przenikał chłodem na wskroś. Prawie poczuł gęsią skórkę na ciele, ale ta się jednak nie pojawiła. Prawie poczuł łzy w swoich oczach, ale te nie mogły się pojawić. Nie było w nim krwi, nie było tlenu, nie było łez. Był pusty. Jedyne, czym potrafił się wypełnić, to gniew. Słodycz z zabijania. Tylko wtedy czuł, że żyje naprawdę, czyż nie? Wtedy wszystko miało wyraz, ostrość... ale to właśnie Victoria sprawiała, że wszystko było łagodniejsze. Victoria, Nora, Fergus, Stanley, Augustus, Ulysses... były osoby, które mógł wymieniać, a o które chciał dbać. Na swój własny, pokrętny sposób, bo nie potrafił funkcjonować normalnie w społeczeństwie, nie potrafił funkcjonować normalnie w związkach międzyludzkich. Nie czuł, że musi się dopasować. Czuł od tych osób, że wystarczyło, że jest sobą, bo przecież każda z nich mogła na niego liczyć. W tym całym spierdoleniu... po prostu lepiej tu będzie beze mnie. Czy tak miał myśleć? Nie. Mi lepiej będzie po drugiej stronie. A jedyne, o czym pomyślał, to o tym, że Victoria przynajmniej będzie mogła przekroczyć nad tym wszystkim dalej. Święty, zasłużony spokój dla wszystkich...
Ale słowa o babeczkach coś w nim złamały. Coś rozkruszyły. Nie lubił tego uczucia. Rozpad rzeczywistości - jak stłuczona na podłodze filiżanka z porcelany, tej taniej, więc jej odpryski lecą we wszystkie strony i martwisz się, że zaraz jeden z nich wbije ci się w stopę. Zadrżał, zadrżała mu warga i brwi nieco opadły w dół. Nie spojrzał na nią. Przez cały ten czas nawet na nią nie zerknął, a teraz jego spojrzenie powędrowało w dół, kiedy uniósł ręce, pochylił się, zaciskając palce na swoich włosach. Ten spokój prysł. To zbawienne poczucie poukładanego świata rozmyło się i znów był tylko chaos.
Uniwersum napotkało supernove.
Sauriel wydał z siebie dźwięk, jakby nabierał powietrza w płuca, kiedy uniósł szybko głowę i opuścił ręce, żeby zacisnąć je na krańcu ławki. Miałaś pozwolić mi odejść. Więc czemu teraz tutaj siedzieli przed pięknym, wysokim drzewem, w którego liściach szumiał wiatr? Coś w nim utknęło, to chyba te fragmenty filiżanki przytkały mu przełyk i nie mogły ani zostać zwrócone, ani pchnięte w dół do końca. Co to w ogóle było za miejsce, co to był za moment? Jakie niepoprawne skazanie boskie, a może diablęcia, ściągnęło tu Victorie i... kogoś... Sauriel jeszcze nie zdawał sobie nawet sprawy z obecności ojca. Wydawałoby się, że wszystko zaraz rozejdzie się po kościach, że ten wybuch zatonie w czasie i przestrzeni, jakby miał miejsce pod wodą, która stłumiła całą jego siłę i zabrała ją na swoje fale.
- Pozwól... mi... odejść... - Czy nawet to było za dużo? - Będziesz miała spokój, ja będę miał spokój, to ostatnia dobra rzecz, jaką mogę zrobić, potem będzie za późno... - Pokręcił głową, ściągając brwi w wyrazie tego wewnętrznego rozdarcia, kiedy uniósł głowę ku niebu. Z jakiegoś powodu nie spadały z niego anioły. Nie zbierało się nawet na deszcz.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.