Nie odtrącił jej, nie próbował uciec, nie miał sił i możliwości czegokolwiek powiedzieć, bo przecież jego gardło zajęte było płaczem. Tak jak cały on, cała jego siła i energia, która mogłaby zostać przeznaczona na coś innego. Zazwyczaj przeznaczona na to, żeby myśleć o pierdołach i sypać żarcikami, by swoje żarty zamieniać w cynizm i uśmiechać się bezczelnie pod nosem, by nosić głowę wysoko i z góry patrzeć na innych. Dokładnie tak - miażdżyć pod swoim obcasem tak, jak sam był miażdżony. Wraz z wiekiem rosła depresja i rosła paradoksalnie siła do tego, żeby się szamotać. Sinusoida doświadczań, nigdy nie było tutaj niczego pomiędzy, a balans to tylko jebana bujda na kółkach. Nie było w jego życiu miejsca na balans i raczej nie miało go być. Nie przy tym wszystkim, co robić zamierzał, jak miało toczyć się jego życie, jak miało się wywracać i pętać w te wszystkie wyhodowane latami winorośla. Jeśli rodziły owoce to tylko przegniłe.
Nie, to nie był smutek, zgadza się. Już nie. Sauriel przekroczył próg smutku i znalazł się w miejscu, gdzie rzeczywiście zrobiło się całkiem wygodnie. To nie tak, że potrzebował koniecznie ludzi blisko siebie. On wręcz nie chciał nikogo za blisko. Przeminął ten najważniejszy punkt, w którym możliwe było zawrócenie i odkupienie swoich win. Co wcale nie znaczyło, że chciał zostawać sam i że chciał zostawiać osoby, które mógłby określić mianem swoich przyjaciół. Nie, samotność była drogą do klęski, jak dokończony papieros, którego spaliłeś po sam filtr i zaczął cię palić w opuszki palców. Dał się objąć Victorii i z tą schowaną w dłoniach twarzą ułożył się tak, by było im jakoś komfortowo, chociaż w miarę.
Czy on naprawdę o sobie tak myślał? Czy wszystko było naprawdę taką gnojówką, taką absolutną i beznadziejną czernią? Tak, rzeczywiście tak było... ale to rok temu, może parę chwil wcześniej. Teraz wszystko stało się zupełnie szare. Idealnie szare, pozbawione jakichkolwiek odcieni, bieli, czerni, żółci czy błękitu. Żadnych zieleni ani brązów. To był dobry świat - bo stabilny. W tym świecie kotwicą był dźwięk słów Victorii i świadomość, że właściwie granice każdy wyznaczał sobie sam. To co możesz albo czego nie możesz nie było tylko i wyłącznie naznaczone dłonią osób, które potrafiły cię kontrolować. Są pewne decyzje, które pozwalały właśnie tobie kontrolować ich życiem. To jak obracanie ról, kiedy z pionka zamieniasz się w gracza. Przez moment tak miało być. Kiedy myślał o tym, żeby przecież naprawdę wyrwać się z tej dziury, żeby dognieść i swojego ojca i tego śmiecia... i po co? Po chuj cały ten gniew i tak nienawiść?
Odsunął się powoli od Victorii po dłuższej chwili ciszy i spokoju ze swojej strony, zaczynając ocierać swoje policzki i oczy dłonią. Krzywiąc się lekko jakby z niezadowolenia, czy jakiegoś zawodu samym sobą... nie, to żadne z tych. Po prostu miał mokrego ryja i to wcale nie było przyjemne uczucie, kiedy piekły cię oczy i zlepiały się rzęsy. To wszystko przechodziło bardzo powoli, jak rytmiczny przypływ morza kontrolowany przez zew księżyca. Nie było wielkich skoków i zmian nastroju, a ruchy naznaczone były flegmatycznością swojego tempa.
Sięgnął w końcu lekko drżącą dłonią do fajek, żeby jedną z nich wyciągnąć i zapalić.
W tej też chwili dłoń Eryka oparła się na barku Sauriela. Ale wcale nie była ona ciężka, kiedy czarne oczy napotkały te same, czarne, na swojej drodze. A w końcu Sauriel spojrzał na Victorię. I tak milczał przez dłuższy moment, nawet kiedy dłoń Eryka zsunęła się z jego ciała. Przyglądał się jej, choć nie szukał tym spojrzeniem niczego konkretnego - zmęczonym, ale całkowicie spokojnym spojrzeniem.
- Lepiej żebym tego nie pożałował. I żeby naprawdę nam się udało. - Wygrać wszystko to, czego chcieli. Zwyciężyć z własną rodziną i pójść swoimi drogami, jakich potrzebowali. Znaleźć szczęście.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.