- Są. - Odpowiedział Sauriel w myślach, ale nie powiedział tego. Nie było nadziei w jego oczach, kiedy podniósł się z ławki, spoglądając na siedzącą tutaj Victorię. Nie było wiary w lepsze jutro, ale też nie było tam rozpaczy. Czarne oczy Sauriela po prostu nie mieściły w sobie teraz niczego prócz dystansu i zmęczenia. Dystansu do tego, co się tu stało, do tego, co miało się wydarzyć i do tego, jaki los gotował dla nich przyszłość. Bo ponoć nie ma rzeczy niemożliwych - a jednak były. Było ich za dużo. Nawet nie chodziło o to, że nie istniało żadne rozwiązanie - mogło istnieć, jasne, tak jak dowiedzieli się, że istniał lek na wampiryzm. Tylko jaką cenę należało za to zapłacić? Sauriel uważał, że Victoria była naprawdę naiwna, że miała zbyt wielkie serce i będzie z tego powodu cierpieć. Że go idealizowała i że stawiała go w o wiele jaśniejszym świetle, niż stawiać powinna. To była chyba jednak jego wina, że do tego dopuścił. Tyle go zapewniała, że to nie problem, że faktycznie wszystko można ugrać, że sam w to uwierzył i postanowił wędrować z prądem tej rzeki. Nigdy więcej w taki sposób, na takich zasadach. Dotarło do niego, że należy trzymać dystans i nie przesuwać się za daleko, żeby nikomu nie robić nadziei i sobie samemu... kłopotu. Jakże wielkim niedopowiedzeniem, pomyleniem, było to słowo. Jak wiele mu umykało i jak dużo pozwalało przeskoczyć pełni problematyki tego wszystkiego, co ich połączyło.
A może było zupełnie na odwrót - to on siebie samego nie doceniał.
Podniósł się z ławki, przyciągając magią do siebie różdżkę, żeby ją schować do kieszeni i fajki. Spojrzał znów na Eryka, który stał za ławką z niezmiennie kamiennym wyrazem twarzy, która nie wyrażała niczego - gniewu, zmartwienia, żalu, czy radości. Było tylko intensywne i uważne spojrzenie podkrążonych oczu. Tak jakby nie mieli sobie niczego do powiedzenia, lub tych rzeczy było tak wiele, że nawet nie było wiadomo, od czego zacząć. Sauriel nawet nie miał ochoty go uderzyć. Próbował znaleźć w sobie chociaż cień tego napędzającego go gniewu i nienawiści, który był paliwem do działania i motywacją do tego, żeby zmieniać swoje życie, ale teraz nawet tego tam nie było. Zupełna pustka i obojętność opadła na jego ramiona i okryła wnętrze jak zimowy płaszcz okrywał ciało. Ten stan na pewno przeminie. Rozpuści się z zimowym śniegiem, bo przecież mieli wiosnę w rozkwicie. Sekundy rozpuszczały się dokładnie tak samo, gdy każda z chwil przeciągała się i rozciągała, ale we wszechświecie Sauriela było teraz czas na wszystko - tylko nie na pośpiech.
- Jesteś... upierdliwa. - Zwrócił spojrzenie na Victorię. I to miał być tak żartem. Nawet chciał się uśmiechnąć, tylko jakoś i na to zabrakło tutaj energii. Przesunął na moment spojrzenie w bok, nim znów spojrzał w jej oczy i wyciągnął do niej dłoń, by pomóc jej wstać. - To miał być żart. - Wyjaśnił, bo zdawał sobie sprawę z tego, że jego ton wcale nie brzmiał teraz, jakby było mu do śmiechu. W zasadzie nie było, ale chciał przerwać ciszę. Powiedzieć cokolwiek, bo na "dziękuję" zdobyć się nie mógł. Nie widział, żeby było za co dziękować. Jeszcze było na to za wcześnie. Teraz czuł tylko utrapienie, że w ogóle tutaj się zjawiła, w dodatku z Erykiem i że ta męczarnia jeszcze musiała się trochę przeciągnąć.
Tylko kto wie, co przyniesie jutro..?
- Zapraszam na śniadanie, Victorio. - Zwrócił się Eryk do niewiasty. - Anna będzie zachwycona. - Jaki ojciec, taki syn, co? Bo tak samo Eryk wcale nie brzmiał ciepło czy sympatycznie. Miał zimny, klarowny głos, który rozpływał się w uszach jak cienie oplatające kostki, gdy światło padało na człowieka zza licznych przeszkód. Albo kiedy płomień świecy migotał niewyraźnie, to powodując pogłębienie ciemności, to bardziej ją rozpraszając.
Sauriel objął Victorię ramieniem i pogładził ją parę razy dłonią po ramieniu. Będzie dobrze.
Musiało być dobrze.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.