Do tej kryjówki miał prowadzić teleport. To było miejsce, w którym wszystkie znaki, ślady, które mogły się pojawić - miało ich tu nie być. Dlatego Sauriel czekał przy kominku spoglądając, jak jeden za drugim Śmierciożercom podnoszą się, żeby potem stawić się na zebraniu zorganizowanym już przez Chestera. I dzięki bogom. Ale gdzie był w tym wszystkim Robert? O ile Chestera mordy wcale nie chciał oglądać, o tyle Robercika chętnie by tutaj zobaczył. Ten potrafił ogarniać ludzi, przynajmniej w mniemaniu czarnowłosego, miał do nich podejście. Może to dlatego, że nie wzbudzał takiej antypatii swoją osobą? Nie był takim chamem? Stop, w zasadzie to Sauriel mógłby wymienić naprawdę dużo powodów, dla których Robert był przez niego samego bardziej doceniany i lubiany niż Chester. Wujeek-skrzynek chyba po prostu nie lubił kotów. Na pewno to był ten problem. Skoro ich nie lubił to nie miał do nich ręki, cholernie proste. Tak jak Sauriel uważał, że nie ma łap do ludzi, skoro ogólnie za nimi nie przepadał.
Poprosił (ładnie powiedziane - raczej rozkazał), żeby pozbierali ze sobą część rzeczy, żeby nic tu nie zostało i żeby nikt niczego czasem nie zostawił. To miejsce wydawało się dobrą bazą wypadową, a raczej schronem w razie jakichkolwiek wydarzeń, ale to, co podziało się na Beltane, na pewno przyciągnie sporo tropiących i węszących psów. Sam Sauriel by już tutaj nie wracał i liczył na to, że nikomu to też z tu obecnych do łba nie przyjdzie, skoro poszedł odgórny nakaz zabrania ze sobą swoich zabawek. Przywołał gestem dłoni leżącą różdżkę po aurorze, który podwinął kiecę i spierdolił, taki był dzielny. To było już jego prywatne trofeum, Chester na pewno miał wystarczająco środków, żeby kupić sobie nową. Ciekawe, swoją drogą, czy ktoś jego różdżkę znalazł, czy może nie było go dlatego, że jej szukał..?
- Dzięki. Dobra robota. - Zwrócił się bezpośrednio do Ezechiela, chociaż już mu dziękował - ale to stricte za Stanleya. Co prawda nie ściągał maski przez cały pobyt tutaj, bo jednak cenił sobie jak na razie swoją tożsamość, ale ludzi takich jak Ezechiel uważał za iście bezcennych wśród Śmierciożerców. On sam miał już raczej syndrom Sztokholmski, skoro myślał o tym, że przydałby się Robert, który by poklepał po główkach - co za bzdurne wyobrażenie. Biedny Stanley - stary go zostawił za młodu i teraz znowu miał go opuścić. Przynajmniej rodzina Sauriela przy nim była - niby marne to pocieszenie przy takich relacjach, ale najlepiej człowiekowi się robi, jak porównuje siebie do innych utrapień, prawda?
Poczekał, aż zielone płomienie przestaną lizać to otoczenie i odbijać się w posadzce i na buteleczkach. Nie, nie zamierzał tutaj niczego ruszać po chwili zastanowienia czy niszczyć. Nie poszedł taki rozkaz, a on w końcu był od ich wykonywania, a nie wymyślania sobie nowych, prawda? Może rzeczywiście jeszcze czemuś to miejsce miało służyć, może Chester, Robert albo Czarny Pan mieli wobec niego jakieś plany - nie jemu tym zajmować sobie głowę. Upewnił się jeszcze tylko, że wszystko było na swoim miejscu, zanim sam wkroczył w ogień, aby udać się do domu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.