01.10.2023, 18:43 ✶
To był niechybnie jeden z tych dni, kiedy czarodziej najchętniej nie opuszczałby własnej kołdry, terenu łóżka, a na drzwiach miałby bezczelne zaklęcia czarnomagiczne, byleby nikt nie przerywał słodkiego lenistwa, odpoczynku, leczenia. Jak zwał, tak zwał. Próbowałem zmusić umysł do działania i, choć świeże powietrze wraz z elikisrem, coś tam zaczynały działać, to jednak towarzystwo Lycoris dobijało wszelkie okazy ożywienia. Ciekawości stało się zadość.
Zaciągnąłem się papierosem, marszcząc brwi. Stałem prosty, wyprostowany tak, że prawie niemal na baczność, wpatrując się w te przemykające cienie i słuchając Lycoris. Ploteczki, nie plotczki. Coś z pewnością wiedziała, ale nie zamierzała się tym dzielić. Trudno. Spróbuję z kimś innym. Może u źródła? U Ojca? Wiedział o tym zdarzeniu z pewnością najwięcej.
Prychnąłem, odwracając się z uśmiechem w kierunku Lycoris.
- Obawiam się, że temat moich, jak to określiłaś, purchlaków w takim układzie też nie będzie na miejscu - odparłem rozbawiony podejściem Lycoris.
Nie czułem się urażony ani też zobowiązany do chwalenia się dzieciakami komuś, kto i tak miał to w głębokim poważaniu. Po prostu byłem ciekawy, co się takiego wydarzyło w życiu Lycoris, że była szorstka niczym papier ścierny. Zatrważająco. Miewałem swoje depresje, ale nawet dorastanie pod czujnym okiem Chestera Rookwooda nie robiło ze mnie totalnie chłodnej persony, przynajmniej tak sądziłem. Zapewne parę osób by się nie zgodziło, ale pal licho ich opinię.
- Może lepiej porozmawiajmy o twoim hobby? Nie wiem, może zbierasz znaczki pocztowe? Albo sowią kupę? - zapytałem, tak nieco zgryźliwie, ale to tak dla lepszych kontaktów zawodowych, żeby przypadkiem nie wypaść z wprawy ze zgryźliwością. Może właśnie dlatego przepadałem za towarzystwem Lycoris, bo nie musiałem się przy niej uśmiechać ani w inny sposób się wyszczerzać. Po prostu być i robić swoje, a po niej reszta spływała jak po kaczce w najbardziej ulewny dzień. Była jak mało kto przystosowana do mieszkania w Londynie i w okolicach. I do pracy w kostnicy.
- Bez urazy, oczywiście - dodałem, jednakże pękając i wzruszając ramionami. - Jeśli o mnie chodzi, możesz podbierać kostki śródstopia denatom... - zaproponowałem, żeby nie czuła się skrępowana przy tych drobnych wyznaniach. Raczej po pracy nie siedziała i nie wpatrywała się tępo w obrazy na ścianie... Chociaż może lubiła sztukę? Była jakąś cichociemną krytyczką? Nie wyglądała na taką, ale ja też nie wyglądałem na kogoś kto zaglądał w martwe tyłki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania.
Zaciągnąłem się papierosem, marszcząc brwi. Stałem prosty, wyprostowany tak, że prawie niemal na baczność, wpatrując się w te przemykające cienie i słuchając Lycoris. Ploteczki, nie plotczki. Coś z pewnością wiedziała, ale nie zamierzała się tym dzielić. Trudno. Spróbuję z kimś innym. Może u źródła? U Ojca? Wiedział o tym zdarzeniu z pewnością najwięcej.
Prychnąłem, odwracając się z uśmiechem w kierunku Lycoris.
- Obawiam się, że temat moich, jak to określiłaś, purchlaków w takim układzie też nie będzie na miejscu - odparłem rozbawiony podejściem Lycoris.
Nie czułem się urażony ani też zobowiązany do chwalenia się dzieciakami komuś, kto i tak miał to w głębokim poważaniu. Po prostu byłem ciekawy, co się takiego wydarzyło w życiu Lycoris, że była szorstka niczym papier ścierny. Zatrważająco. Miewałem swoje depresje, ale nawet dorastanie pod czujnym okiem Chestera Rookwooda nie robiło ze mnie totalnie chłodnej persony, przynajmniej tak sądziłem. Zapewne parę osób by się nie zgodziło, ale pal licho ich opinię.
- Może lepiej porozmawiajmy o twoim hobby? Nie wiem, może zbierasz znaczki pocztowe? Albo sowią kupę? - zapytałem, tak nieco zgryźliwie, ale to tak dla lepszych kontaktów zawodowych, żeby przypadkiem nie wypaść z wprawy ze zgryźliwością. Może właśnie dlatego przepadałem za towarzystwem Lycoris, bo nie musiałem się przy niej uśmiechać ani w inny sposób się wyszczerzać. Po prostu być i robić swoje, a po niej reszta spływała jak po kaczce w najbardziej ulewny dzień. Była jak mało kto przystosowana do mieszkania w Londynie i w okolicach. I do pracy w kostnicy.
- Bez urazy, oczywiście - dodałem, jednakże pękając i wzruszając ramionami. - Jeśli o mnie chodzi, możesz podbierać kostki śródstopia denatom... - zaproponowałem, żeby nie czuła się skrępowana przy tych drobnych wyznaniach. Raczej po pracy nie siedziała i nie wpatrywała się tępo w obrazy na ścianie... Chociaż może lubiła sztukę? Była jakąś cichociemną krytyczką? Nie wyglądała na taką, ale ja też nie wyglądałem na kogoś kto zaglądał w martwe tyłki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania.