23.11.2022, 03:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.04.2023, 13:07 przez Chester Rookwood.)
Na miejsce spotkania Chester Rookwood dotarł sporo przed czasem. Tuż po swoim przybyciu na ulicę Śmiertelnego Nokturnu postanowił poddać się typowej dla aurorów paranoi i sprawdzić bezpieczeństwo tego budynku, w którym mieli się zgromadzić czarodzieje i czarownice przeciwni mającemu się odbyć marszowi charłaków. Niemagiczny motłoch domagał się uznania ich równymi czarodziejom. W oczach Chestera charłaki były tożsame z mugolami i szlamami.
To, że zamierzał sprawdzić miejsce planowanego spotkania, może było związane z cechującą go typową dla aurorów paranoją. Choć nie obawiał się zagrożenia ze strony bytujących na tej ulicy szumowin, ale właśnie tego, że to zgromadzenie przykuje uwagę funkcjonariuszy. Wolał dmuchać na zimne. Tym bardziej, że podanie każdego hasła można było wymusić na danej osobie. Kochał zdradę, ale nienawidził zdrajców. Począwszy od zdrajców krwi a skończywszy na zwykłych tchórzach, którzy dla uratowania własnej skóry sprzedaliby własną matkę gdyby to miało pozwolić uniknąć przeznaczonego im losu.
Aby dostać się do środka także i on musiał podać hasło. Od tego nie było żadnych wyjątków. To miejsce nie było pierwszą szczurzą norą, w której stanęła jego noga. I nie będzie ostatnią w jego życiu. Również czuł ten nieprzyjemny odór. Tak pachniał rynsztok. Dla niego śmierdzący oddech ulicy mieszał się ze wonią dymu tytoniowego z wypalonego przed chwilą papierosa, coraz bardziej ją wypierając. Po wejściu do środka Rookwood odczuł różnicę temperatur i ciepło panujące w tej ruderze wystarczyło, aby sam zdjął swój płaszcz rzucając go w stronę usłużnego skrzata domowego, którego minął bez zaszczycenia go spojrzeniem. Z taką samą obojętnością mija się stojący w przedpokoju wieszak na ubrania.
Jego baczne spojrzenie prześlizgnęło się po sylwetkach zebranych w tym obskurnym pomieszczeniu, stając ostatecznie na jego środku tak aby być całkiem dobrze widoczny. I, co ważniejsze, słyszalny przez nich wszystkich. Zgromadzonych tutaj w wspólnym celu.
— W przeciągu paru godzin na ulicach magicznego Londynu odbędzie się Marsz Praw Charłaków, którzy samym swoim istnieniem okrywają nas, czarodziejów, wstydem... szczególnie, jeśli przyjdą na świat w rodzinach czystej krwi. Takich jak nasze. Tolerowanie ich w naszym społeczeństwie nie przyniosły pożądanych efektów, czego efekt zobaczymy na własne oczy za kilka godzin. Wobec tego chcę was, zgromadzonych tutaj czarownic i czarodziejów, czy nadal zamierzamy tolerować ich obecność wśród nas. Ta sytuacja pokazała nam, że już nie wystarczy ukrywanie ich istnienia wśród naszych krewnych czy wydziedziczanie ich. Zebraliśmy się tutaj aby wspólnie zaplanować kontrmarsz. Jego prowodyrzy będą szli najpewniej na przedzie i to na nich powinniśmy się skupić w pierwszej kolejności — Przemówił do wszystkich tu obecnych, wodząc znów spojrzeniem po zebranych.
— Dobrze mówi! — Stojący obok Theona czarodziej zakrzyknął gromko, a inni mu zawtórowali w podobnym tonie albo chociaż pełnym aprobaty skinięciem głową. Każdy mógł zabrać głos, choć jeśli nie będzie chętnych to sam przejdzie do przedstawienia pełnego planu, z którym tutaj przyszedł. Nie o to w tym wszystkim chodziło, choć dla niektórych byłoby to bardzo dogodne. Niektórym podporządkowanie się, płynięcie wraz z tłumem przychodziło z łatwością. Nie każdy jest typem przywódcy.
To, że zamierzał sprawdzić miejsce planowanego spotkania, może było związane z cechującą go typową dla aurorów paranoją. Choć nie obawiał się zagrożenia ze strony bytujących na tej ulicy szumowin, ale właśnie tego, że to zgromadzenie przykuje uwagę funkcjonariuszy. Wolał dmuchać na zimne. Tym bardziej, że podanie każdego hasła można było wymusić na danej osobie. Kochał zdradę, ale nienawidził zdrajców. Począwszy od zdrajców krwi a skończywszy na zwykłych tchórzach, którzy dla uratowania własnej skóry sprzedaliby własną matkę gdyby to miało pozwolić uniknąć przeznaczonego im losu.
Aby dostać się do środka także i on musiał podać hasło. Od tego nie było żadnych wyjątków. To miejsce nie było pierwszą szczurzą norą, w której stanęła jego noga. I nie będzie ostatnią w jego życiu. Również czuł ten nieprzyjemny odór. Tak pachniał rynsztok. Dla niego śmierdzący oddech ulicy mieszał się ze wonią dymu tytoniowego z wypalonego przed chwilą papierosa, coraz bardziej ją wypierając. Po wejściu do środka Rookwood odczuł różnicę temperatur i ciepło panujące w tej ruderze wystarczyło, aby sam zdjął swój płaszcz rzucając go w stronę usłużnego skrzata domowego, którego minął bez zaszczycenia go spojrzeniem. Z taką samą obojętnością mija się stojący w przedpokoju wieszak na ubrania.
Jego baczne spojrzenie prześlizgnęło się po sylwetkach zebranych w tym obskurnym pomieszczeniu, stając ostatecznie na jego środku tak aby być całkiem dobrze widoczny. I, co ważniejsze, słyszalny przez nich wszystkich. Zgromadzonych tutaj w wspólnym celu.
— W przeciągu paru godzin na ulicach magicznego Londynu odbędzie się Marsz Praw Charłaków, którzy samym swoim istnieniem okrywają nas, czarodziejów, wstydem... szczególnie, jeśli przyjdą na świat w rodzinach czystej krwi. Takich jak nasze. Tolerowanie ich w naszym społeczeństwie nie przyniosły pożądanych efektów, czego efekt zobaczymy na własne oczy za kilka godzin. Wobec tego chcę was, zgromadzonych tutaj czarownic i czarodziejów, czy nadal zamierzamy tolerować ich obecność wśród nas. Ta sytuacja pokazała nam, że już nie wystarczy ukrywanie ich istnienia wśród naszych krewnych czy wydziedziczanie ich. Zebraliśmy się tutaj aby wspólnie zaplanować kontrmarsz. Jego prowodyrzy będą szli najpewniej na przedzie i to na nich powinniśmy się skupić w pierwszej kolejności — Przemówił do wszystkich tu obecnych, wodząc znów spojrzeniem po zebranych.
— Dobrze mówi! — Stojący obok Theona czarodziej zakrzyknął gromko, a inni mu zawtórowali w podobnym tonie albo chociaż pełnym aprobaty skinięciem głową. Każdy mógł zabrać głos, choć jeśli nie będzie chętnych to sam przejdzie do przedstawienia pełnego planu, z którym tutaj przyszedł. Nie o to w tym wszystkim chodziło, choć dla niektórych byłoby to bardzo dogodne. Niektórym podporządkowanie się, płynięcie wraz z tłumem przychodziło z łatwością. Nie każdy jest typem przywódcy.