Od tamtego dnia był osowiały. Milczący. Tak cholernie spokojny, że było to nienormalne, niepokojące. Było tak tamtego dnia, nocy i tak każdej kolejnej. Nic go nie wytrącało z równowagi, jakby wszechświat w końcu pojął, że każdemu potrzeba jest odrobina spokoju. Że każdy potrzebuje wciśniętej pauzy, żeby móc funkcjonować jakkolwiek dalej. Tylko że ta pauza nie została wciśnięta na programie życia. Ona została wciśnięta na emocjach Sauriela. I wcale mu to nie przeszkadzało. Wszystko wydawało się lekkie, trywialne... w ogóle niewarte dostatecznej uwagi, żeby się przy tym zatrzymać. Zatrzymywał tylko z jakichś wspomnień konieczności o tym. Że tak się robiło, tak wypadało, że tak to życie biegło. Nawet nie przejmował się darciami japy na Nocturnie ani tym, jak jeden z chłopaków sobie troszkę pograbił i wydarł japę konkretnie na niego, pyskując. Cisza, jaka po tym nastąpiła była dziwna. Ale jeszcze dziwniejsze dla wszystkich było to, jak Sauriel nie zareagował. Jak po prostu dolał sobie whiskey, wstał i wyszedł. Paradoks ciszy. Kiedy to cisza i brak reakcji były bardziej przerażające, niż standardowe złamanie nosa. Bo do tego wszyscy byli przyzwyczajeni. Do tego nawykli.
Sauriel nie potrafił na niczym położyć faka.
- Hej. - Przywitał się zachrypniętym głosem, spoglądając na kobietę. Sam był ubrany całkiem porządnie, zadziwiająco porządnie jak na siebie. Koszula, proste spodnie, cienki płaszcz. Oczywiście wszystko utrzymane w czerni i na krawat nie można było liczyć. Ani na to, że uczesze porządnie włosy. Victoria za to prezentowała się dobrze za ich dwoje. - Idziemy?
Siedzenie w jednym punkcie nie było wcale nęcące. A Victoria... może nie mógł jej powiedzieć, że ją kocha, ale była dla niego jedną z najważniejszych osób jego życia. Może nawet najważniejszą. I wiedział, że się martwi. Padło między nimi sporo słów. Może nawet o kilka za dużo. Nie miało to dla niego żadnego znaczenia, kiedy szli sobie przez Pokątną. W ciszy. Spokojnie. Sauriel nie potrzebował słów, każde z nich też teraz było zbędne. A to też było w końcu... takie nie w jego stylu. Żadnych żarcików, głupich tekstów, świńskich żartów i sarkazmu. Nic. Największym poruszeniem były światła laterenek i ludzie przesuwający się po letnich ulicach i uliczkach. Było ich tutaj niemało - tych czarodziei. Pogoda w końcu sprzyjała, by bawić się wieczorną porą.
- Ładnie wyglądasz. - Odezwał się w końcu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.