Wyglądało to gorzej, niż miało się w rzeczywistości, bo Sauriel zdążył napiąć mięśnie, żeby but złodzieja nie wbił mu się w bebechy i nie wywołał przysłowiowego (przynajmniej przysłowiowego dla wampira) bezdechu. I tak wystarczyło, żeby na moment zamarł i podniósł się z opóźnieniem. Nie zrobiło to i tak większej różnicy. Zajęty szamotaniną złodziej nie zobaczył nawet, kiedy w jego kierunku poleciało krępujące zaklęcie, które skutecznie zatrzymało go na miejscu.
Sauriel podniósł się powoli. Można było mówić o adrenalinie wywołanej pogonią, ale nią nie było. Eskcytacja? Chyba też nie? Na moment był ten zryw. To specyficzne uczucie, kiedy chcesz dopaść obiekt, który przed tobą ucieka i nie było to zwieńczone już nawet szlachetną myślą o dopadnięciu złodzieja. Była gazela i był lew. Była młoda antylopa i była czarna pantera, w którą Kot chciał bardzo wbić swoje pazury. To czysty instynkt pozbawiony finezji. Ale polowanie zakończyło się bardzo szybko i pozostało otrzepanie dłoni i spojrzenie na swoje ubranie i ubrudzone nogawki. Kiedy Victoria więc podeszła i zaczęła wytrzepywać ze złodziejaszka przedmioty, on zajął się ogarnianiem samego siebie. Zaczął otrzepywać spodnie, kolana, przeczyścił zaklęciem zabrudzenia i upewnił się, że materiał się nie uszkodził, poprawił koszulę i nawet przejechał palcami po włosach, żeby je zagarnąć w tył, dotykając drugą ręką miejsca, w które oberwał. Nawet siniaka z tego nie będzie. Ale to dlatego, że na jego ciele siniak się nie miał prawa pojawić.
- Ay. Wszystko gra. - Zapewnił ją, wciąż czując stygnące i schodzące z jego ciała wrażenie, którym był ten krótki pościg. - Nie ma za co. - Spojrzał przez moment na Victorię, ale zaraz przeniósł wzrok na złodzieja. Jego gazela. Było coś ciągnącego w tym nieprzyjemnym uczuciu, że miała ona zostać zabrana. I to było widać w jego spojrzeniu. Było niemal namacalne w tej atmosferze, która się zmieniła wraz ze zmianą spojrzenia. Jak opadała z apatii, kiedy czarna magia owijała się wokół niego jak perfumy, kiedy intencja była całkiem jasna, z którą spoglądał na mężczyznę. Nie było w nim złości, gniewu czy głodu krwi. To był głód zupełnie innego rodzaju. Pragnienie przelania krwi nie dlatego, że głód podchodził pod gardło, a dlatego, że ziemia się tego domagała. Dla zasady. Tylko dlatego, że... Sauriel odetchnął i przechylił głowę to w jedną to w drugą stronę, przestając wpatrywać się w mężczyznę, żeby zwrócić znów uwagę na Victorię. - Jasne. Poczekam już w Norze? - To było pytanie, bo w zasadzie to wolał sobie klapnąć i coś wypić, niż stać na ulicy i... stać na ulicy... i czekać, aż Victoria to załatwi i ogarnie, a jak wiemy czasami potrafiło się to rozciągnąć. Kiedy chociażby leciało się na Nocturn, bo wspomnienia się kompletnie pomieszały i znów stworzyły kolejny chaos i problem. Zapytał o to całkowicie spokojnie. I nawet ta sytuacja zdawała się nie naruszyć tego dziwnego spokoju, w jakim tkwił. Spojrzał w dół na buty Victorii... buty Victorii? - Może złapię ci bryczkę do Ministerstwa. - Zaproponował, patrząc na jej stópki.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.