05.10.2023, 11:58 ✶
Wszystkie światłą przygasły, publiczność zamarła w milczeniu, a napięcie ciągle rosło. Stawiając swoje kroki na podeście, poczuł pierwsze uderzenie adrenaliny w potylicę. Jeszcze tylko kilka chwil dzieliło go od satysfakcji, kiedy w końcu będzie mógł sięgnąć po sprawiedliwość. Całe lato czekał na ten moment, oby Matka wynagrodziła go dzisiaj za cierpliwość, chociaż nie zamierzał niczego pozostawiać przypadkowi. Louvain był bardzo zdeterminowany w drodze po wygraną, więc nie wahał się ani przez moment. Kroczył dumnie i dostojnie, zadzierając podbródek jeszcze wyżej, niż zawsze. Na jego twarzy wypalał się złowrogi uśmiech, onyksowe oczy i ciemne rysy twarzy zwiastowały brutalne zamiary, choć na podstępy i krwawą jatkę nie było dzisiaj miejsca. Temperament śmierciożercy nie mógł dzisiaj wziąć nad nim góry. Cały czas studził myśli w głowie powtarzając sobie, że robi to dla siostry, a nie dla własnej potrzeby agresji.
Pora przetrącić ci sombrero, amigo.
Nie była to wrogość, czy nienawiść. Do tego miana musiał sobie jeszcze sporo nadrobić, żeby móc szczycić się mianem wroga Louvaina. Olbrzymia niechęć, lub szorstka nieżyczliwość, co najwyżej. Nie przewidywał, żeby po zakończonym pojedynku nastąpiło pojednanie, mimo wszystko nie życzył mu wszystkiego co najgorsze, razem ze śmiercią włącznie. Wciąż musiał być żywy, by przeprosić Lorettę, prawda? Należał do klubu pojedynków nie od wczoraj, więc kurtuazja w tym obrządku była mu dobrze znana. Najpierw stanął na przeciwko rywala z uniesioną różdżką przy twarzy. Odwrócił się na pięcie i stawiając szeroki krok, odliczył równe pięć kroków. Przybrał postawę defensywną, odwracając się do oponenta w taki sposób, by oddać mu jak najmniejszą powierzchnię swojego ciała pod wymierzone zaklęcie. Drugą rękę oparł na odcinku lędźwiowym, stając nieco bokiem do Notta, uniósł lekko rękę wiodącą, zginając ją w łokciu by dać sobie pełny zakres ruchu pod machnięcie pierwszego zaklęcia. Zastygł tak w tej pozie, oczekując na sygnał od sędziego.
Pora przetrącić ci sombrero, amigo.
Nie była to wrogość, czy nienawiść. Do tego miana musiał sobie jeszcze sporo nadrobić, żeby móc szczycić się mianem wroga Louvaina. Olbrzymia niechęć, lub szorstka nieżyczliwość, co najwyżej. Nie przewidywał, żeby po zakończonym pojedynku nastąpiło pojednanie, mimo wszystko nie życzył mu wszystkiego co najgorsze, razem ze śmiercią włącznie. Wciąż musiał być żywy, by przeprosić Lorettę, prawda? Należał do klubu pojedynków nie od wczoraj, więc kurtuazja w tym obrządku była mu dobrze znana. Najpierw stanął na przeciwko rywala z uniesioną różdżką przy twarzy. Odwrócił się na pięcie i stawiając szeroki krok, odliczył równe pięć kroków. Przybrał postawę defensywną, odwracając się do oponenta w taki sposób, by oddać mu jak najmniejszą powierzchnię swojego ciała pod wymierzone zaklęcie. Drugą rękę oparł na odcinku lędźwiowym, stając nieco bokiem do Notta, uniósł lekko rękę wiodącą, zginając ją w łokciu by dać sobie pełny zakres ruchu pod machnięcie pierwszego zaklęcia. Zastygł tak w tej pozie, oczekując na sygnał od sędziego.