06.10.2023, 20:24 ✶
Oj, ten Dellian to taki zawadiaka był. Niby nic, niby naburmuszony, a potem się umyślnie zaczepiał z uśmiechem na twarzy. Cieszyłem się, kiedy miałem na niego ten dobry wpływ, bo przynajmniej nie siedział w czterech ścianach i kto wie, co robił wewnątrz tej swojej głowy. Albo z Bellem. Bell to był szemrany gość. Pewnie karmił go jakimiś negatywnymi myślami. Nie ufałem mu totalnie. Był dla mnie konkurencją w walce o czas Delliana i ja tego nie zapomnę.
- Ja jestem mistrzem niewątpienia. Nie znajdziesz drugiego takiego delikwenta, co to by miał więcej wiary w sobie aniżeli ja, Ollivander - odparłem dumnie, zatrzymując się chwilę wcześniej z tym szaleństwem by nie zabić nowego współlokatora, ale też żeby odetchnąć. Dzięki temu, że już stałem, mogłem serio się tak dumnie naprostować, jak jakiś szlachciun czystej krwi ze Sluterinu albo co. Uśmiechnąłem się do Ollivandera uśmiechem numer pięć, a kiedy ten nie zdawał się zauważać tego uśmiechu aż się wziąłem pacnąłem w czoło.
- Weź ty człowieku... Ten twój wzrok, a raczej jego brak, to mi psuje część spektaklu. Mógłbyś mnie informować raz na jakiś czas, że niestety nie widzisz mojej przystojnej twarzy, umięśnionej klaty, zniewalającego obycia i olśniewającego stylu? Bedzie mi łatwiej. Dzięki - podsumowałem to, po czym oczy mi rozbłysły, kiedy padło słowo parapetówka. - I koniecznie musimy zrobić imprezę. Ja już zapraszam ludzi, choć nie byłeś pewien, czy zamieszkać, a potem nie byłeś pewny żadnego mieszkania, ale ja już prawie wszystkich zaprosiłem aby trzeba dogadać szczegóły. Może nawet pomogę przy przeprowadzę. Weźmiemy ich na litość i odwalą całą robotę za nas, a my postawimy im za to hektolitry alkoholu, mleka i tyle jedzenia, że będziemy je mrozić i potem odgrzewać przez najbliższy rok. Mama zrobi. Obiecała mi te koreczki cudowne, co je jedliśmy wczesną wiosną na te mugolskie święto - przyznałem się Dellianowi, ale wcale nie czułem się winny ani skruszony, ani nic. Na pewno już przywykł do mojego prędkiego działania. Ja nie mogłem się powstrzymać, kiedy tylko podobna myśl o wspólnym zamieszkaniu zawitała w naszych głowach.
- Ja jestem mistrzem niewątpienia. Nie znajdziesz drugiego takiego delikwenta, co to by miał więcej wiary w sobie aniżeli ja, Ollivander - odparłem dumnie, zatrzymując się chwilę wcześniej z tym szaleństwem by nie zabić nowego współlokatora, ale też żeby odetchnąć. Dzięki temu, że już stałem, mogłem serio się tak dumnie naprostować, jak jakiś szlachciun czystej krwi ze Sluterinu albo co. Uśmiechnąłem się do Ollivandera uśmiechem numer pięć, a kiedy ten nie zdawał się zauważać tego uśmiechu aż się wziąłem pacnąłem w czoło.
- Weź ty człowieku... Ten twój wzrok, a raczej jego brak, to mi psuje część spektaklu. Mógłbyś mnie informować raz na jakiś czas, że niestety nie widzisz mojej przystojnej twarzy, umięśnionej klaty, zniewalającego obycia i olśniewającego stylu? Bedzie mi łatwiej. Dzięki - podsumowałem to, po czym oczy mi rozbłysły, kiedy padło słowo parapetówka. - I koniecznie musimy zrobić imprezę. Ja już zapraszam ludzi, choć nie byłeś pewien, czy zamieszkać, a potem nie byłeś pewny żadnego mieszkania, ale ja już prawie wszystkich zaprosiłem aby trzeba dogadać szczegóły. Może nawet pomogę przy przeprowadzę. Weźmiemy ich na litość i odwalą całą robotę za nas, a my postawimy im za to hektolitry alkoholu, mleka i tyle jedzenia, że będziemy je mrozić i potem odgrzewać przez najbliższy rok. Mama zrobi. Obiecała mi te koreczki cudowne, co je jedliśmy wczesną wiosną na te mugolskie święto - przyznałem się Dellianowi, ale wcale nie czułem się winny ani skruszony, ani nic. Na pewno już przywykł do mojego prędkiego działania. Ja nie mogłem się powstrzymać, kiedy tylko podobna myśl o wspólnym zamieszkaniu zawitała w naszych głowach.