Przez ostatni miesiąc miała tak napięty grafik (pomijając kilka dni po Beltane – wtedy wręcz się nudziła, ale musiała odpocząć…), i to nie sprawami zawodowymi, że niełatwo było jej wcisnąć jakiekolwiek spotkania z bliskimi jej ludźmi. Zostawały więc tylko wieczory, a i wieczory miała często zajęte, bo odwiedzał ją pewien wampir – nawet jeśli nie na długo, a tylko wpaść na chwilę czy dwie… Jednak kiedy ci zależy, to robisz co możesz, żeby tak wszystko poukładać, by ten czas znaleźć, a Laurent chyba wiedział doskonale (a przynajmniej powinien to wiedzieć), że jest dla Victorii bardzo ważny i że zrobiłaby dla niego bardzo, bardzo wiele. Więc znalazła dla niego czas. Złość na niego już z niej w większości zeszła, nie miała czasu na gniewanie się, co nie zmieniało faktu, że nadal była zmartwiona i gdzieś tam w głębi duszy nie podobało jej się, że tak bezmyślnie się narażał w Kniei. Bo tym to właśnie było: narażaniem się. I prawdopodobnie powinni o tym sobie porozmawiać, przy Brennie i Patricku nie zamierzała ich prywatnej relacji wywlekać na wierzch, ani mówić Laurentowi co głębiej o tym wszystkim myśli. Darowała sobie to tam, co chyba spowodowało nieporozumienie, bo Victoria wcale nie uważała, że Laurent przeszkadza i nie dlatego była zła, że „plątał się pod nogami”. Nie plątał. Po prostu… Wielu dobrym ludziom w ostatnich trzech tygodniach stało się dużo złego, jej samej też, nie chciała więc, by i on doznał jakąkolwiek krzywdę. Wręcz gdyby mogła, to by go broniła przed złem tego świata. To znaczy mogła, tylko druga strona też musiałaby tego chcieć.
Znała ten dom, znała okolicę – przez ostatni rok stała się stałym bywalcem, który wcale nie zostawał na pięć minut, albo po to żeby wypić kawę, zjeść ciastko i wrócić do siebie. Zdążyła więc się nauczyć co gdzie jest, jakie panują tu zwyczaje, jakie przyzwyczajenia ma sam Laurent… Najpierw dostrzegła w ogrodzie Laurenta i uśmiechnęła się do niego ciepło. Później dopiero w pole widzenia rzucił się rozleniwiony i wygrzewający się jarczuk, który też ją znał i tym razem postanowił zignorować. Zaś wyciągnięte do niej ręce skwitowała z nagłym zawahaniem, bo nie chciała wprawiać Laurenta w dyskomfort. Nie była tylko chłodna, była przecież przeraźliwie zimna jak trup. Ale kłamstwem byłoby powiedzieć, że ten kontakt był jej niepotrzebny. Bo tęskniła za dotykiem, za przytuleniem… i po trzech sekundach zawahania wyciągnęła też ręce do Prewetta. Był jak zawsze – przyjemnie ciepły i tak ładnie pachniał…
– Żadna ze mnie królowa – wymamrotała, nim jeszcze się od niego odsunęła. – Dziękuję, może być – i nawet nie kłamała. Naprawdę nie było tragicznie pomijając zmartwienie jakie toczyło jej żyły przez cały czas. Puściła Laurenta i odsunęła się na odległość ramienia, przez momencik tylko trzymając go za ręce, ale nie chciała sprawiać, że będzie mu zimno – był przecież taki ładny, ciepły wieczór. Przyglądała się za to jemu – czy wszystko było dobrze po tym spotkaniu z widmami? Wtedy nie było czasu się mu przyjrzeć. – A twoje? – zapytała po chwili.