– W tym czasie każdy dzień może się okazać dniem pracy, więc co za różnica – nagle masz wezwanie w środku dnia wolnego, bo są braki kadrowe, i nie ma zmiłuj, trzeba było iść w trybie natychmiastowym, żegnając się z wolnym. A Victoria wcale nie była żadną pracoholiczką i bardzo wyraźnie oddzielała kreską swój czas pracy od czasu, w którym miała odpocząć, czy raczej zająć się wszystkim innym, czego praca nie wymaga. Ostatnio ten czas wolny poświęcała na szukanie różnych informacji. Natomiast nie miała niczego zdrożnego na myśli. To nie tak, że wcale o tym nie myślała, nic z tych rzeczy, wciąż była tylko człowiekiem ze wszystkimi ludzkimi słabościami, natomiast… nawet jeśli nie byłaby od trzech tygodni zaręczona, to nadal pozostawała zimna jak lód. A to raczej… nie sprzyjało miłosnym uniesieniom. Chyba. I tak, zdawała sobie sprawę z rozwiązłego trybu życia jakie prowadził Laurent, czy raczej z jego ogromnego libido. Victoria taka nie była, i chociaż najwyraźniej nie potrzebowała być w związku, żeby pójść z kimś do łóżka, to nie była typem skaczącym z kwiatka na kwiatek. Lecz tak długo jak nikomu nie działa się krzywda… to chyba nie było nic złego?
– Śmiem wysnuć teorię, że nie ważny jest powód zakazu. Może nikt już nie pamięta konkretnego powodu. Fakt jest taki, że… – zawahała się na moment i westchnęła. – Można kogoś zbić ogniem. Albo translokując wielki kamień nad głowę. A jakoś tego nie zakazali. Nie potrzeba nekromancji, by wyrządzić komuś krzywdę, można to zrobić na tysiąc innych sposobów i to nie wina narzędzia a osoby, która go dzierży. To tak jakby winić nóż za to, że oprócz tego że może pomóc w krojeniu mięsa na talerzu, można nim też zrobić krzywdę – tak, była sfrustrowana. Była sfrustrowana, bo musiała świczyć nekromancję sama, w tajemnicy, żeby umieć użyć głupiego patronusa w takich momentach jak kilka dni temu w Kniei. I nie zawahała się ani sekundy. Była sfrustrowana, bo tajemnicą poliszynela było, że aurorzy znają się na nekromancji i potrafią jej używać, bo MUSIELI się znać, jak inaczej przeciwdziałać czarnoksiężnikom – a jednocześnie wszyscy udawali, że nikt nic nie wie i nie umie, i nauczyli się odwracać wzrok, kiedy leciał patronus. Victoria też udawała, że nie widziała świetlistych kształtów na Beltane. Ale nikt nikogo oficjalnie nie uczył. – Tak, pewnie tak - pomalutku, małymi kroczkami będzie o to najprościej. I potem… przesuwać granicę aż będzie w odpowiednim miejscu.
– Znaczy myślałam na razie o tym, żeby popytać czy mają jakąś wiedzę o tym jakie istoty kryją się w Limbo. Czy coś mogło się przedostać… – Victoria widziała co robił Voldemort, ale nie do końca wszystko rozumiała. Za to Patrick i Mavelle chyba tak – nie wiedziała skąd i jak. Wielu rzeczy nie wiedziała i wracały do niej pomalutku na przestrzeni dni – bo rozmyślała o tym sporo, starając się wyłuskać ze swojej pamięci przeróżne szczegóły, w pierwszej chwilki zamazane bólem i strachem. – Co robią w Departamencie tajemnic to mało kto wie poza jego pracownikami… Ja tez nie wiem. Wydobycie od nich w ogóle czegokolwiek to zawsze problem. Badali mnie i moją przypadłość, przynajmniej mieli tyle honoru żeby powiedzieć, że nie mają pojęcia co mi jest – westchnęła. – Zrób. Pomyślę nad tym jeszcze w domu – kolejny temat do wielkiej kolekcji tematów do przemyślenia i zastanowienia się. Ta kupka tylko rosła, nie malała.
– Nie, nie wiedziałam. Nie miałam pojęcia o żadnych widmach, sridmach i innych duchach dopóki nie usłyszałam, że pani Found potrzebuje pomocy i akurat byłam w okolicy – weszła tam do Kniei goła i wesoła, że się tak wyrażę. Ale teraz już rozumiała co tam robił Laurent – bo to była dla niej zagadka w tym wszystkim, dlaczego się tam w ogóle kręcił. I dlaczego w ogóle tak interesował się tematem. I dlaczego tak się w to zaangażował. – W biurze było tylko wiadomo, że zginął na służbie. Większość nie wiedziała nawet kiedy odbył się pogrzeb – i wkurzało ją to niepomiernie, bo usłyszała, że zginął z ręki Śmierciożercy. A nie… Nie… Nie to. Oczywiście, że był to pewnego rodzaju cios, bo Victoria nie rozumiała tej konspiracji. – Czarnoksięskie zaklęcie – prychnęła jak rozzłoszczona kotka. Czarnoksięskie zaklęcia zostawiały za sobą swąd, nie dało się tego pomylić z niczym i też nigdy nie słyszała o tym, żeby jakiekolwiek czarnoksięskie zaklęcie zostawiało…. Wysuszone ciało i jedynie pomarszczoną skórę. – Teraz już rozumiem czemu Brenna mi tam powiedziała o patronusie. Ale nie musiała i bez jej sugestii bym go użyła – brzmiała na urażoną, bo była urażona, chociaż nie przez Laurenta. – Czy ty się od początku maja narażasz w Kniei? – zapytała w końcu o coś, co jej się zaczęło kołatać w głowie i o co gdzieś tam nadal była zła… Bo się o niego bała. Po prostu. A tu wychodzi na to, ze WIEDZIAŁ co jest grany i mimo tego podszedł do tych jebanych widm i…
KURWA MAĆ!