Masował kciukiem nasadę nosa, kiedy list do niego dotarł. No tak. Ogórki Stanleya. Taka trywialna i nieważka rzecz, która pochłaniała Borgina do granic. Nie wystarczyło papierosów w paczce, żeby je wypalić przed odpisaniem na tę przeszytą emocjami wiadomość pisaną wielkimi literami. I kto tu zresztą miałby krytykować ten list? Na pewno nie on. Sam się nie wysiliła podczas pisania listów, dopóki mu nie zależało, albo dopóki się go nie wzięło pod włos. Nie poruszyło. Zazwyczaj jego poprawne pisanie listu nie było zwiastunem niczego przyjemnego. Przyłożył papier do płomienia świecy i pozwolił mu spłonąć. Bez odpisania. Przecież było oczywiste, że się stawi na zebranie przyjaciela, prawda? Słynnej ogórkowidzącej nie mogło tam zabraknąć. Ostatnim razem się świetnie w trójkę bawili. W gruncie rzeczy nie mógł się nie uśmiechnąć i pokręcić jednocześnie z politowaniem głową na ten głupi list. Na te głupie ogórki. No... stary był dumny z młodego, że ten miał taką pasję. Chociaż to niby Stanley był starszy w tym związku męskiej przyjaźni.
Sauriel nie pukał, wszedł jak do siebie.
- Hej. - Przywitał się pomrukiem, zamykając za sobą drzwi i spojrzał na Victorię, która już tutaj była i samego gospodarza. A potem na... no nooo! Aż gwizdnął, widząc jakie tutaj wielkie przygotowania ruszyły pełną parą specjalnie po to, żeby... zrobić coś z ogórkami. Te... przegryzki do wódeczki, jeśli dobrze pamiętał? Wszedł do pokoju i poszedł od razu do blatu, na którym leżały wszystkie te mistyczne rzeczy, włącznie z koprem, który wyglądał jak jakaś tajemna roślina trująca, by wziąć w dłoni ząbek czosnku (wyglądający nie mniej podejrzanie, ale zapach już chociaż znajomy), odłożyć go, potem pacnąć ten koperek... o jak śmiesznie się toczył i sypał, jeszcze raz. Dobra, star... ostatni raz. I przeszedł dalej. Oczywiście tykając i oglądając wszystko po kolei, jak ciekawe dziecko. - No, nooo... - Odezwał się, robiąc mądrą minę i kiwając głową. - Panie Mulciber, pan to tu odjebał kawał dobrej roboty. - Pochwalił przyjaciela. Chociaż nie miał pojęcia, czy to dobra robota, bo nawet nie był pewien, co zamierzali tu robić.
Spojrzał na fartuszki i wziął jeden z nich podnosząc, by razem z tym podniesieniem podnieść swoją brew i spojrzeć na Victorię. Jakby posyłał jej swoiste "ty to widzisz co ja?". Stanley tutaj grubo pomyślał o wszystkim, ale niczego mniej się nie spodziewał. Namierzył zaraz wzrokiem whiskey, znowu kiwnął z uznaniem, odłożył ten... szlafroczek... czy cokolwiek to było. Sauriel miał na sobie czarną koszulę i czarna spodnie - całkowcie proste, minimalistyczne, mało... "w jego stylu". Więc ten "szlafroczek" był wręcz wskazany, żeby się nie ujebać. Tak samo jak jeszcze przed momentem Victoria zwrócił uwagę, że chyba będą mieli nieoczekiwanego gościa. Gdyby Sauriel miał lepszy humor to by zapytał, czy starą zaprosił żeby im pomogła. Świętej pamięci Anne była na pewno dumna z syna, że ten wziął sobie tak do serca ogrodniczy fach.
- Kogo ty tu jeszcze zaprosiłeś? Mam nadzieję, że masz więcej butelek, bo na cztery osoby ta samotna ruda to jak śmiech.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.