Grunt to zaakceptować drugiego człowieka takiego, jakim był. Bo nie sztuką było kogoś kochać dzięki jego wielu zaletom i pięknej buźce. Sztuką było kochać pomimo wad, a te miał każdy. Laurent ufał nieodpowiednim ludziom, w poszukiwaniu cudzych ramion pakował się w liczne kłopoty, choć wcale nie musiał ich szukać, bo te do pewnego momentu były na wyciągnięcie ręki. I pomimo tego, Victoria… cóż. Kochała Laurenta, chyba tak to należało nazwać. I nie oczekiwała tego samego w zamian. Zapamiętała go jako manipulanta ze szkoły, nic więc dziwnego że nie utrzymywali kontaktu przez te kilka lat. Ale każdy się zmienia, dorasta. Dorósł i Laurent, dorosła Victoria. I tak to się jakoś rozwinęło, że teraz szli wieczorową porą dróżka w rezerwacie New Forest ramię w ramię.
- Wiem, że nie o to – to było takie kluczenie wokół tematu. Takie nie mówienie wprost, chociaż o coś konkretnego chodziło i to też ją zaczynało irytować. Tak, była drażliwa i to wcale nie przez zbliżające się kobiece dni – po prostu świat wokół zdawał się oszaleć i ten nieporządek bardzo ją drażnił. Był solą w oku, a tak się składało, że było ich znacznie więcej i drażniły, drażniły, jak drzazgi, których nie dało się prosto wyciągnąć. Victoria widziała wypalonych starych aurorów, widziała ich spojrzenia, było w nich coś bezlitosnego, jakby to, z czym walczyli, też ich dotknęło i przeżarło im duszę. Kluczem było chyba… zrezygnować w odpowiednim momencie, bo jak się uchronić i nie wpaść w to samo, przed czym chcesz bronić innych, przez całą swoją karierę? Chyba… Chyba się nie dało. – Wiem o tym – powtórzyła jeszcze i przymknęła na moment oczy, kiedy Laurent spróbował gestem dłoni ją uspokoić. Działało… trochę.
– No dobrze, to jest już jakiś kierunek. Kowen i Departament Magicznych Stworzeń – cichutko wypuściła powietrze przez usta, i zapatrzyła się w rysującą się przed nimi ścieżkę. Zastanawiała się co jeszcze można tutaj ugryźć, żeby wymyślić jakiś… Jakiś plan działania. – Może żeby nie łapać za dużo świergotników za ogon… Sprawdźmy na razie te tropy i potem się zobaczy czy to był właściwy kierunek i co dalej? – Victoria bardzo nie chciała tutaj wejść po kostki w rzekę tylko po to by się okazało, że krok dalej jest już nagle głęboko po samą szyję, a wokół było tyle innych spraw do załatwienia i wyprostowania. Przyjęła karteczkę od Laurenta i schowała ją sobie do torebki, krótko tylko w niej grzebiąc. Oczywiście, że była z tych kobiet, które miały wszystko poukładane i na swoim miejscu w damskiej torebce.
– Skończmy to kluczenie, bo to nie ma sensu. Laurent. Jestem aurorem, trzyletnie szkolenie nie jest po to, żeby nauczyć się wypełniać rubryki w dokumentacji. Wiem jak cuchnie czarna magia. I oczywiście, że znam się do pewnego stopnia na nekromancji, muszę. Jak inaczej mam walczyć z czymś, czego nawet nie rozumiem? Zostaw to proszę dla siebie na wszelki wypadek. Po prostu… Nie musisz mi tłumaczyć rzeczy, które wiem. Naprawdę wiem. Nieoficjalnie, ale wiem – bardziej zastanawiające było skąd on wie – ale nie była głupia, widziała jego patronusa. I umiała liczyć. – I widzę, że ty też wiesz – uniosła dłoń, by położyć ją sobie na karku. Nic to nie zmieniało, to że Laurent coś tam wiedział. Albo nawet jeśli wiedział więcej. Jej najlepsza przyjaciółka uczyła się nekromancji najwyraźniej w Ameryce i czy cos to zmieniało? Absolutnie nic. Nie zamierzała z tym lecieć gdziekolwiek i wkopywać kogokolwiek.
– Okej – mruknęła w odpowiedzi, że nie włóczył się po Kniei i że dopiero co zamierzał to zrobić. – Czemu nic nie powiedziałeś? Przecież bym ci pomogła. Mieszkam w okolicy i znam ten las do pewnego stopnia – ale nie powiedział nic. I chciał szukać tam na własną rękę, sam. Tylko z abraksanem i jarczukiem u boku. A tam nigdy nie było specjalnie bezpiecznie. Ale nie było też… Nie było też niebezpiecznie. Za to tak jak mówiła kilka dni temu: zaobserwowała, że zwierzęta zaczęły migrować w miejsca, w które nie powinny. – Nie wiem. Byłam na jego pogrzebie – powiedziała cicho i zacisnęła szczęki. – Nie dokładać zmartwień… Nie da się nie dokładać. Derwin był… Jedną z osób, które uczyły mnie na aurora – jasne, ze chciałaby wiedzieć co się dzieje. I oczywiście, że by pomogła, ale nikt jej pomocy najwyraźniej nie chciał i nie oczekiwał. – Widziałam się od tamtego czasu kilka razy z Brenną, ale ani słowem nic nie wspomniała – i Victoria nie była pewna czy w ogóle ma siłę to wyjaśniać. To dziwne „przepraszam” nadal dzwoniło jej w uszach. To za to ją przepraszała? Za to, czego nie umiała i nie chciała powiedzieć na głos?