Lestrange z natury nie była nerwową kobietą, bardzo trudno było wyprowadzić ją z równowagi, bo wiele rzeczy w ciszy własnego umysłu rozkładała na czynniki pierwsze i analizowała na spokojnie, nie chcąc się poddawać emocjom. Ale czasami się jednak poddawała – ostatnio częściej niż zwykle, bo więcej rzeczy się nakładało, więcej bodło, więcej… Musiała mocnie opatulać się szczelną ścianą oklumencji, ale tutaj, teraz – nie robiła tego. Starała się za to opanować swoją złość, nie na Laurenta, a na cały świat wokół i na niesprawiedliwość i beznadzieję. To nie była kwestia przepracowania tego, a… całej gamy rzeczy, która składała się na emocje i wydarzenia. To nie było proste. A od tego miejsca miało być tylko gorzej… Lecz nie wybiegajmy za bardzo w przyszłość.
– Patrick jest aurorem z dłuższym stażem niż ja – a o to nie było trudno, bo sama Victoria zdała testy w styczniu. Przemilczała natomiast kwestię Brenny, która „chciała pomóc”. – Często go widywałam w towarzystwie Brenny, ale o to nie trudno akurat. Jakoś świetnie go nie znam, Patrick jest raczej hm… – szukała odpowiedniego słowa. – Jedną z tych bardziej wycofanych osób – ale Victoria z nikim u aurorów się jakoś bardzo blisko nie trzymała. Może powinna. Może powinna tam sobie kogoś znaleźć… Ale było jak było. – Tak się złożyło, że znaleźliśmy się przy sobie na Beltane i… Razem wpadliśmy do Limbo – i tyle. Ale o tym na pewno słyszał: o nazwiskach, jakie się przewijały w tej sprawie. Jeśli jednak Laurent nie skojarzył nazwiska Stewarda z Zimnymi no to teraz miał okazję, bo był jednym z nich. Matko, jak to brzmiało… A potem wzruszyła ramionami. – Nie bierzesz na siebie zbyt dużo na raz? – zapytała po chwili, kiedy Laurent zaczął mówić o orientowaniu się w innych sprawach i konsultacji z innymi osobami. – Nie, w tej chwili nic mi innego do głowy nie przychodzi – westchnęła i spojrzała w niebo, pozwalając, by ciemne włosy przesunęły się po jej ramionach i plecach, łaskocząc ją po szyi.
– Spokojnie, to nie jest… – znowu urwała szukając dobrego słowa. – Nie chodzi mi o – spróbowała znowu i rozmyśliła się w połowie, po czym z jej gardła wydobył się dźwięk coś na wzór warknięcia. Zła była na siebie ot co. – Nie jestem na ciebie o to zła – powiedziała w końcu. Nie widziała nic złego w kształceniu się, zwłaszcza że to była taka dziedzina magii, że niektóre zawody nie mogły jej zaniedbać. Jak ten od Laurenta, czy ten od Victorii… Rozumiała doskonale, że tutaj przenikały się tematy, tak jak w jej wypadku i nie zamierzała tego Laurentowi wypominać. Gdyby się przy tym narażał to oczywiście, ale… ech.
– Jak byś tego nie nazywał, to twoją pracą jest hodowla i prowadzenie rezerwatu. Wiem, że czasami szukasz różnych stworzonek, ale nie wiem czy to praca czy hobby – jak dla niej to bardziej jednak hobby. Tak jak jej praca nie było warzenie eliksirów - robiła to czasami dla pieniędzy, ale głównie dlatego, że lubiła, nie utrzymywała się z tego, tak jak Laurent nie utrzymywał się z szukania magicznych stworzeń. Nie lubiła za to jednego: kiedy się z nią pogrywało. Kiedy mydliło jej się oczy i naginało rzeczywistość. – A skoro wiesz, że nie jest tam bezpiecznie, to mogłeś kogokolwiek poprosić o wsparcie. Patronus nie pomoże na większość zwierząt, które się tam gnieżdżą – mruknęła pod nosem teraz już zła na niego dlatego, że świadomie się narażał. – Jestem dobra w zaklęciach i rozpraszaniu magii. O ile dobrze pamiętam, twoje mocne strony leżą w innych dziedzinach – dlatego mógł poprosić. Nie odmówiłaby mu. A byłaby spokojniejsza, że nic mu się nie dzieje. Ale najwyraźniej nie chciał. – Nadpisuję? A słyszałeś co mówiła Brenna jak wyszliśmy z Kniei? Że znaleziono ciało. Że człowiek był w złym stanie. Nawet się nie zająknęła o czym innym. I nie jest to wiedza powszechna w biurze, o czymś takim ludzie by plotkowali, to był kolega nas wszystkich. Mogłam coś przegapić, ale to jest… to są… – znowu warknęła, zła na siebie, że nie potrafi znaleźć odpowiednich słów. – Mogłam coś przegapić, chociaż po powrocie do pracy dopiero niedawno wróciłam do pracy terenowej. Do niedawna głównie siedziałam w biurze przy papierach i przewalałam raporty, widma mogły przypaść komuś innemu, z tym się zgodzę. Ale jestem pewna, że o Derwinie mówiliby więcej – ludzie mówią o takich rzeczach zwłaszcza jeśli to dotyka ich bezpośrednie środowisko. O Derwinie też mówili, ale po prostu… inne rzeczy. Nic o widmach.
Mogła się złościć, ale nie było to w złej wierze, wręcz przeciwnie. Nie chciała się też z Laurentem kłócić. Wolałaby złapać go za rękę, albo się przytulić, Matka jedna wiedziała jak bardzo tego potrzebowała, a jednak nie zrobiła nic w tym kierunku – była zimna w dotyku i ciągle miała to z tyłu głowy, więc trzymała ręce przy sobie. Nawet (albo zwłaszcza) wtedy, kiedy usiedli na ławeczce, a Laurent kogoś zawołał. Victoria spoglądała na Laurenta przez moment zmęczonym wzrokiem, a potem dosłyszała szelest i śpiew, bardzo charakterystyczny, i poderwała głowę na niebo. Wtedy go dostrzegła – szkarłatno-złotego ptaka, który przeciął niebo i przeleciał nad nimi. Nawet lekko rozchyliła usta.
– Czy to był… Czy to był feniks?