09.10.2023, 20:37 ✶
Listopad 1970 roku był wyjątkowo ciemny. Szare chmury zwisały nad Londynem, uwalniając co chwilę duże krople chłodnego deszczu, które uparcie chciały dotrzeć do skóry przechodniów. Kolorowe parasolki próbowały walczyć z mgłą i wszechobecnym niezadowoleniem, ale na tle czarnych, nie było już ich tak wiele. Chłodny wiatr kołysał drzewami, z których opadały ostatnie liście, a poza chodnikami, pełno było błota. To nie był dobry miesiąc, zarówno dla świata, jak i dla samej Cynthii. Ojciec znalazł jej odpowiedniego kandydata i miała rozpocząć życie w Stanach po ślubie, a więc dlatego właśnie spędzała każdą chwilę w pracy lub na planowaniu, jak do tego nie dopuścić. Nie chciała męża, była młoda i ambitna, chciała się uczyć, poznać sekrety ludzkiego ciała i nauczyć się czytać ze zwłok tak zgrabnie, jak robił to William lub Lycoris. To, że doskonale wspominała naukę w Nowym Orleanie, zarówno oficjalną, jak i tą po zachodzie słońca, nie oznaczał, że chciała tam mieszkać. Westchnęła ciężko, przesuwając smukłą dłonią po pasku od przewieszonej przez ramię torebki, wpatrując się w chłodną szybę jednej z kawiarenek. Czekała na kawę i jakąś przekąskę w ramach obiadu, potem zamierzała wrócić do prosektorium. Ubrana była w karmelowy, jesienny płaszcz na dwa rzędy guzików i skromną, elegancką sukienkę, do której jak zwykle, dobrała obcasy. Funkcjonowanie w świecie zdominowanym przez mężczyzn nie było proste, ale zdawać się mogło, że Cyna odnalazła swoją drogę, udając nieco głupszą i bardziej niezdarną, niewinną dziewczynę, niż była w rzeczywistości. Tak było prościej. Ojciec zawsze powtarzał, że była zbyt ambitna, zbyt niezależna, jak na pannę z dobrego domu. A ostatnie co chciała, to sprawiać mu problemów, wystarczały mu te od Castiela, jej brata bliźniaka. Odwróciła głowę, czując, jak jasne włosy przesuwając się leniwie do przodu, spływając po ramieniu i omiotła błękitnymi oczami ladę oraz pracujących za nią czarodziejów, wzdychając bezgłośnie. Rozumiała, że mieli klientów, ale czekała już dobre kilkanaście minut. Mimowolnie zerknęła też bardziej na prawo, dostrzegając nagłówek Proroka Codziennego, którego widziała już rano na jednym z biurek współpracowników. Widniała na nim całkiem przystojna twarz mężczyzny, o ciemnych i w jakiś sposób złowieszczych oczach, które komponowały się z pewnym siebie uśmiechem, który ruchoma fotografia oddawała. Przesunęła spojrzeniem po literkach, starając się je odczytać - chciał zmienić świat, powrócić do konserwatywnych dni i przede wszystkim pozbyć się zdrajców krwi oraz mugolskich, którzy zdaniem Voldemorta, byli gorszego sortu istotami. Czy on w ogóle nazywał ich ludźmi?
- Kto z Państwa zamawiał czarną bez cukru?
Głos kobiety odbił się echem w jej uszach, przymknęła na chwilę oczy i odwróciła się przodem do lady, obdarzając ją spojrzeniem. Maźnięte delikatną szminką usta wygięły się w wyuczonym, delikatnym uśmiechu.
- Ja zamawiałam. - odpowiedziała spokojnie i grzecznie, tyle że nie tylko jej głos rozniósł się echem, zlewając właściwie z drugim głosem, jawnie należącym do mężczyzny. I znów obróciła głowę, posyłając jegomościowi nieco zaskoczone spojrzenie. Nie mogli odnotować na kubeczku, kto zamówił kawę pierwszy? Krople nadal dudniły o szybę, niebo ciemniało i wszystko zapowiadało zbliżającą sie burze.
- Kto z Państwa zamawiał czarną bez cukru?
Głos kobiety odbił się echem w jej uszach, przymknęła na chwilę oczy i odwróciła się przodem do lady, obdarzając ją spojrzeniem. Maźnięte delikatną szminką usta wygięły się w wyuczonym, delikatnym uśmiechu.
- Ja zamawiałam. - odpowiedziała spokojnie i grzecznie, tyle że nie tylko jej głos rozniósł się echem, zlewając właściwie z drugim głosem, jawnie należącym do mężczyzny. I znów obróciła głowę, posyłając jegomościowi nieco zaskoczone spojrzenie. Nie mogli odnotować na kubeczku, kto zamówił kawę pierwszy? Krople nadal dudniły o szybę, niebo ciemniało i wszystko zapowiadało zbliżającą sie burze.